WERSJA ANGIELSKA STRONA GŁÓWNA |  SPIS TREŚCI |  SPIS KAPSUŁ |  POBIERZ |  ZIELNIK SYRENIUSZA WYDANY W 1613

"Folkspogroms, ("Die Volkspogrome"). Trasa: Osowiec,Radziłów,Jedwabne. Co się stało w dolinie Biebrzy?"

Żołnierze Abwehry, wyglądają, jakby wracali z udanej wycieczki, czy zbrodni. Wtedy mawiano, cieszą się, jakby im ktoś w kieszeń nasrał

Poprzedni artykuł pt. „Miniholocaust i niewiedza p. Rogera Cohena, dotyczył zorganizowanej przez reżim komunistyczny prowokacji, znanej pod nazwą pogromu kieleckiego i stanowił odpowiedź na art. Washington Post, niesłusznie powtarzającej te zarzuty. Podałem fakty, między innymi cytując Kurię Biskupią w Kielcach. Są niepodważalne dowody, że pogrom Kielecki był prowokacją, dokładnie na wzór rosyjski, sowieckiego okupanta i marionetkowego reżimu. Jedyna różnica, zamiast carskich sołdatów brali w nim udział żołnierze KBW i agenci UB. Czuję się zobowiązany dodać, że uprzednio podobne wnioski wyciągnął Stanisław Mikołajczyk, uzupełniłem tylko kilka nieznanych szczegółów.

Obecnie, przechodzę do drugiej, bez porównania większej zbrodni ludobójstwa, jaka wydarzyła się na ziemiach polskich i niesłusznie przypisywana jest Polakom, w Jedwabnem. W latach pięćdziesiątych dowiedziałem się z gazet o masowych mordach w Jedwabnem. W 1949r odbył się proces, oskarżono ok. dwudziestu uczestniczących w nich, mimowolnych pomocników, z których część, dziesięciu, skazano za współudział. Czytając dane z procesu i potem odwołań, odniosłem wrażenie, że znaleziono małą grupkę ludzi o niskim poziomie umysłowym. Robili to, co im nakazała władza, nic z swojej inicjatywy, zmuszeni. Wprawdzie wspominano, że gromadzili się okoliczni chłopi, ale mimo poszukiwań, nie zidentyfikowano ani jednego. Okoliczni chłopi musieliby być znani, choćby z targów i jarmarków. Widocznie nie okoliczni lub nie chłopi. Oskarżeni dostali po kilka lat więzienia, nikogo nie zamordowali, prawdziwych winnych nie znaleziono. Na pewno nie z braku starania, dla UB to była okazja, żeby się wykazać, przypisać winę polskiemu społeczeństwu i oczernić władze Państwa Podziemnego. Nie było podstaw do oskarżenia nikogo więcej, jedyny ślad prowadził do Martina (wtedy znanego jako Marcin vel Marian) Karolaka, na którym od dawna ciążył wyrok śmierci, wydany przez polski sąd podziemny KWC. W 1941r. struktury AK na Podlasiu dopiero powstawały, w końcu roku „Bezirk Bialystok” przyłączono do Prus Wschodnich i zniesiono granicę celną, ale nadal, wymagane było pozwolenie na jej przekroczenie. Okazało się, że Reichsdeutsche Karolak miał od dawna niemieckie obywatelstwo i może się poruszać bez ograniczeń. Niestety, zespół likwidacyjny AK wprawdzie go namierzył, w Ełku po Pruskiej stronie, ale nie zdołał zlikwidować, w strzelaninie zginęła kobieta, być może siostra, podobno też związana z Abwehrą. Natomiast Martin Karolak zniknął; po Gancwajchu (Getto warszawskie) i Kalksteinie (wydał „Grota”), trzeci najbardziej poszukiwany przestępca okupacyjny, żadnego nie znaleziono. Ludzie zespołu likwidacyjnego zginęli, lecz nie w tej akcji. W bitwie, gdy Niemcy 8 września 1944 pod Grzędami otoczyli i mimo wyjątkowo ciężkich strat własnych, wybili do nogi 9 Pułk Strzelców Konnych AK.

To było, nim Pan Jan Tomasz Gross się urodził, a proces, gdy był w pieluchach. Pięćdziesiąt lat później, P. J. T. Gross wrócił do sprawy dawno osądzonej i zamkniętej, przedstawiając własną wersję. To prawo pisarza, ale każdy odpowiada za błędy. Pierwszy, to bezkrytyczne powtarzanie kłamstw Heydricha, Kocha i Dietricha („Reichspressechef d. NSDAP”). W tej wersji jest coś nienaturalnego. Przed wybuchem wojny w Jedwabnym rzekomo mieszkało 1600 Żydów i 900 Polaków. Jeżeli w czasie okupacji sowieckiej trwał stały napływ -"Żydzi masowo przyjeżdżali" - a jednocześnie wywózką Polaków, tych pierwszych przybyło, a drugich ubyło. W jaki więc sposób mniejszość Polaków wymordowała znaczną większość Żydów? Nie chodzi o retoryczne pytanie, ale o konkretne wyjaśnienie zbrodni. Czy Żydzi wcale nie stawiali oporu, chcieli umierać?

Kwestia o kluczowym znaczeniu, to jak i kiedy doszło do wyboru Martina Karolaka. Według dostępnych danych, nie był on w Jedwabnym (niemieckim) Komisarzem Rzeszy, ale burmistrzem. Kandydatura nie mogłaby przejść bez poparcia żydowskich mieszkańców, nie miała większości. Tym bardziej, że z listów, jakie otrzymałem podczas dyskusji w 2001r. wynika, że nie pełnił dotąd funkcji publicznych i zdania Polaków były mocno podzielone. Niemcy musieli stosować jakąś manipulację. Problem jest trudny, nie mogę przedstawić pełnego dowodu, jak w wypadku pogromu Kieleckiego, tylko uzasadnione przypuszczenia. Starałem się, zgromadziłem wiele nowych danych i faktów, lecz jeszcze za mało. Dlatego propozycja: przedstawię wszystko, co jest ogólnie wiadomo i nowe fakty, jakie udało mi się ustalić. Proszę o pomoc w znalezieniu choć najmniejszych, dalszych szczegółów. Nie wiele brakuje, może ktoś znajdzie, coś łączącego ten materiał w logiczną całość. Mnie się nie udało, ale gdyby ktoś tego dokonał, okryłby się chwałą, to sensacja stulecia.

Teren. Ziemia... i woda.

Nazwa Biebrzy pochodzi od słowa bóbr, od wieków roi się od bobrów. Rzeka meandruje ok. 160 km, zbierając wody z ponad 7000 km2 . Żyją tu liczne łosie, kilka osobników przetrwało II wojnę światową, dając początek nowym rodzinom. Teren trudno dostępny, częściej można spotkać dzikie zwierzęta niż ludzi. Są jelenie i sarny, wilki i rysie, wydry, nawet gronostaje.

Zachował się pierwotne bagna, dzikie, przeważnie bezludne. W dolinie rzeki przed wojną istniały dwa rezerwaty, Czerwone Bagno i Grzędy. Występują tu pozostałości wydm, tzw. grzędy. Przed wojną wieś Grzędy zwano polskim sybirem. W 40 gospodarstwach pracowało ok. 200 osób, których ojcowie i dziadkowie zostali tu przymusowo osiedleni przez carskie władze. Pierwszy zamieszkał tam przemytnik Łuba, w połowie XIX w zamiast na Syberię trafił na nadbiebrzańskie mokradła. Po Łubie przybyli następni – Kossakowscy, Zawistowscy, Grabowscy, Sienkiewicze. Większość basenu Biebrzy wypełniają bagna. Położoną na Czerwonym Bagnie, wieś Grzędy 16.08.1943, spacyfikowali Niemcy, mordując mieszkańców. Następnie, ze względu na znakomite warunki obronne, 9 Pułk Strzelców Konnych AK przyjął tu bitwę z Niemiecką ekspedycją w dniu 08.09.1944. Polegli prawie wszyscy wraz z dowództwem, zadając Niemcom nadzwyczaj wysokie, ponad 10 -krotne straty, najbardziej krwawa bitwa Podlasia.

Największy w Polsce obszar bagien, Biebrzańskich jest miejscem występowania rzadkich zbiorowisk roślin oraz gatunków zwierząt, zwłaszcza ptaków. Dolina ma ogromne znaczenie jako lęgowisko ptaków związanych ze środowiskiem bagiennym i także dla ptaków żerujących oraz wypoczywających w czasie corocznych przelotów.

Na prawym brzegu ponad doliną, powstały osady, potem miasteczka Radziłów i Jedwabne. Pierwsze z 1454r., urosło w połowie 19 wieku, drugie, z roku 1455, szybciej, dzięki napływowi ludności żydowskiej i rozwojowi chałupnictwa krawieckiego związanego z przemysłem włókienniczym w Białymstoku na początku 20w. i sprzedażą domokrążną na Podlasiu i Mazowszu, także niemieckim, za zieloną granicą.

W zwężeniu doliny Biebrzy, przy moście na drodze i kolei Białystok – Królewiec (obecnie tylko do Ełka) znajduje się zbudowana przez Rosję forteca Osowiec. Budowa twierdzy zaporowej trwała od 1882 do 1889r. Zmodernizowana przez zabezpieczenie potężnych murów wlewkami betonowymi po doświadczeniach Port Artur, spełniła swą rolę po bitwie pod Tannenbergiem, powstrzymując pościg niemiecki i przez dziewięć miesięcy utrzymała na sobie front od tamtej strony i oblężenie. Nazywana Rosyjskim Verdun, wytrzymała ostrzał najcięższych moździerzy oblężniczych kal. 420mm, a jej działa forteczne i polowe wstrzelane były we wszystkie cele, mogły „na pamięć” trafić każde drzewo lub krzak. Rosjanie odparli wszystkie szturmy Niemców, nawet z użyciem gazów bojowych. Ten ostatni (6 sierpnia 1915), spowodował najcięższe straty Rosjan, nie mających żadnej ochrony. Zginęło ponad 2 tys. ludzi. Miał niezwykły przebieg. Piechota rosyjska przygotowała się właśnie do przeciwuderzenia, kiedy dotarła do niej chmura chloru. Gaz powoduje obrzęk płuc, ale z opróżnieniem. Oficerowie wydali komendę „wpierod!”, przytomnie i słusznie, ucieczka byłaby daremna, czas przebywania w chmurze dłuższy. Mimo to, do Niemców dotarli już umierający żołnierze, dusząc się, ze zmienionymi, ciemnymi twarzami wytrzeszczonymi oczyma, wywalonymi językami. Przez chwilę jeszcze, automatycznie przebierali nogami, potem walili się na ziemię. Część Niemców opanował zabobonny lęk, wołali, że rzuciły się na nich trupy zabitych. To ostatni szturm, w niecały tydzień później Armia Rosyjska na rozkaz naczelnego dowództwa opuściła twierdzę i wycofała się z zagrożonej linii Wisły. Jednak zabobonna obawa pozostała, żołnierze niemieccy mieli złe skojarzenia. Hitler jak wiadomo, był zabobonny i wyczulony na nastroje, OKH przykładało do Osowca przesadne znaczenie. W 1939 Wehrmacht unikał, zaniedbanego już fortu 1. (inne wysadzili w powietrze Rosjanie), Polskie Wojsko raczej nic nie inwestowało, dodało tylko kilka pozycji polowych. Ofensywa Niemiecka uderzyła w inne miejsce, na schrony bojowe nad Wizną i po trzech dniach walk przełamała pozycję. W 1939r Niemcy wycofali się z Podlasia, wraz z Osowcem, zajęła je Armia Czerwona. Placówka Abwehry w Ełku nadal utrzymywała dozór nad Osowcem i siatkę agentów w Dolinie Biebrzy. (Także w Suwałkach i Augustowie, pamiętam, że w starych gazetach z lat trzydziestych czytałem o skazaniu tam polskich oficerów za szpiegostwo, niestety ich niemieckich klientów nie ujęto.) W czerwcu 1941r koło Osowca pojawiły się grupy cywilów w chłopskich kurtkach, które przeprowadziły ścieżkami po bagnach niemieckich żołnierzy. Wkład Abwehry okazał się przydatny, dzięki temu Wehrmacht prowadzony przez agentów, którzy znali każdą ścieżkę, każdy metr obiektów i prawie każdy krzaczek, otoczył forty, schrony i stanowiska i łatwo zajął legendarną fortecę bez strat. Choć przestarzała, ze względu na położenie mogła ona bronić się dłużej od Brześcia. Rezydentem placówki Abwery z Ełku, ulokowanym w Jedwabnym, był Martin Karolak.

Ludzie. Trzeba zwrócić uwagę na podstawowy błąd, który powtarzają wszyscy, zaczynając od p. J. T. Grossa. A właściwie, od Heydricha, Kocha i zwłaszcza Dietricha (Reichspressechef d. NSDAP). Oni nie błądzili, lecz stworzyli fałsz i kłamstwo, które wmówili przy pomocy machiny propagandowej NSDAP swemu narodowi, a potem następcom i kontynuatorom na części świata. Mówię o tzw. polskim antysemityzmie, który w zoologicznej, morderczej postaci nigdy w Polsce nie istniał, nie mógł mieć wpływu na zbrodnię w Jedwabnym. W Polsce zdarzały się kłótnie, między Żydami i Polakami, ale to nic w porównaniu do sporów między samymi Polakami. Istniało też potoczne, wymowne powiedzenie: „kłócą się, jak Żydy”. Jedni i drudzy są konfliktowi. Owszem, były także napięcia, wywołane sytuacją ekonomiczną. W warunkach bezrobocia i biedy rozwija się ksenofobia.

W 1920r, większość polityków, od Piłsudskiego do Paderewskiego uważano za filosemitów, tylko Dmowskiego za umiarkowanego antysemitę. Potem sytuacja się odwróciła. Polska nie mogła podołać obciążeniu. Wg. spisu ludności Polska po odzyskaniu niepodległości liczyła 1,8 miliona mieszkańców wyznania Mojżeszowego, a 3,5 mil. w roku 1935, nie mówiąc o nieznanej cyfrze nielegalnych imigrantów, uciekinierów z ZSSR, którzy unikali rejestracji. Oczywiście, podwojenie liczebności w ciągu niecałych dwudziestu lat i to przy jednoczesnej emigracji około czterystu tysięcy, z tego prawie połowa do Palestyny, nie mogło być wynikiem przyrostu naturalnego. Ze wschodu i z zachodu, rzesze uciekinierów parły do Polski. Można powiedzieć, głosowali nogami, to najlepsza odpowiedź na zarzut tzw. polskiego antysemityzmu. Niestety, to był z ich strony błąd, z Polski nie mogli się wydostać dalej. Utworzył się przechowalnia, gigantyczny zsyp, warunki do przyszłej katastrofy. Nawet do Palestyny, emigracja została mocno ograniczona i w końcu zahamowana.

Żaden kraj nie chciał przyjąć Żyda, emigranta z Polski. Odniosłem wtedy wrażenie że nawet ci Żydzi, którzy tam dawniej wyjechali, niechętnie widzieli pobratymców przybywających z Polski, chociaż pomagali np. uciekinierom z Niemiec czy ZSRR. Czy odstraszała ich liczba? Polska stała się potrzaskiem, z którego dalej nie wiodła żadna droga, aż w końcu wtargnął tu Hitler. Lepiej dla samych Żydów było by, gdyby spotkały ich w Polsce jakieś prześladowania i gdyby mogli z tego powodu uzyskać status uchodźców. Proszę spojrzeć na najbogatsze wtedy kraje, wzrost bezrobocia nawet teraz prowadzi do wybuchów nienawiści do imigrantów, czynów gwałtownych, zabójstw, podpaleń. W Polsce się to nie zdarzało. Nie wspominając Niemiec, nawet we Francji i Anglii zabójstwa Żydów były na porządku dziennym, w Polsce należały do wyjątków. Owszem, bywały bójki, wynik ostrej konkurencji, ale Żydzi nie pozwalali sobie w kaszę dmuchać, często wychodzili zwycięsko, bywali stroną agresywną. Kluby Makabi wychowały wielu znakomitych bokserów, pamiętam, jak my Polacy, oklaskiwaliśmy Rotholca z Łodzi, nie mniej, niż potem Kolczyńskiego. Z gazet, pamiętam jeden wypadek drastyczny, właśnie z Podlasia, Radziłowa, w 1933r. Zaczęło się na rynku, od sporu o miejsce i bojkotu, doszło do strzelaniny, w której zginęło czterech Polaków, napastników (ostrzelali też policję i ta odpowiedziała ogniem). Jedna przypadkowa ofiara, starsza Żydówka, podobno wybiegła, usiłując powstrzymać walkę. Nie był to pogrom Żydów, lecz Polaków, agresorów.

Przejdźmy do 1939r, zaczynając od relacji mego ojca, po ewakuacji DOKP Poznań, przebywającego wówczas na Podlasiu, pod okupacją ZSRR. W lutym 1940 rozpoczęła się następna, większa i o wyższej przeciętnie śmiertelności akcja wywózek. Ojciec został ostrzeżony, że milicja i zapewne również GPU zainteresowały się nieznajomym, który zamieszkał i pracuje w jednym z gospodarstw we wsi Barszczewo, a przybył niedawno. Podejrzewa się, że nie jest robotnikiem rolnym lecz inteligentem, może z poszukiwanej kategorii, urzędników państwowych. Rodzina złożyła się na opłatę dla zawodowego przewodnika, przeprowadzającego uciekinierów z terenu okupacji rosyjskiej do niemieckiej. Pozostając na miejscu, naraziłby nie tylko siebie, ale i rodzinę, ta, ukrywając podejrzany element, poszłaby „już to najmniej w sybirną robotę”, jeżeli nie tym samym, to następnym transportem. Ostrzeżenie uratowało mu życie, a otrzymał je od miejscowych Żydów, o ile pamiętam, z Choroszczy.

W drugiej połowie 19 wieku carska ochrana, zwalczająca polski ruch niepodległościowy, wprowadziła wyrafinowane metody prowokacji, mające na celu rozbudzenie antagonizmów i w miarę możności, walk narodowościowych. W jednym wypadku przyniosło to zamierzone rezultaty: udało się, początkowo z inspiracji i za pieniądze ochrany, rozbudzić antagonizm między Polakami i Litwinami, który dalej rozwijał się samorzutnie i doprowadził do zerwania prawie 500-letniej unii tych narodów. Metoda ta zawiodła w wypadku Polaków i Żydów, ich wzajemna lojalność pozostała nienaruszona. Wyrażało się to, między innymi we wspólnej obronie przed tzw. pogromami - organizowanym w Rosji przez władze i tzw. "czarną sotnię" napadami na ludność żydowską. Pogromy takie nigdy nie udały się na terenach, gdzie etnicznie przeważała ludność polska, ani gdzie ludność polska i żydowska razem, stanowiły znaczny procent.

Żydzi Polscy wzajemnie, zachowywali się lojalnie. Brali, ochotniczo i licznie, czynny udział w walkach o odzyskanie niepodległości i powstaniach narodowych (mimo, ze tradycyjnie w dawnej Rzeczpospolitej ludność żydowska nie uczestniczyła w wojnach, zwolniona ze służby wojskowej). Od znanego Berka Joselewicza i tragicznej obrony Pragi, która w czasach powstania Kościuszkowskiego była typowym przedmieściem żydowskim poza granicami Warszawy, aż do Legionów i POW, wielu ochotników żydowskich walczyło wspólnie z Polakami, także uczestniczyło w tajnych organizacjach i konspiracji. Ewenementem w czasach upadku Rzeczypospolitej było, że po przyłączeniu dawnej Litwy do Rosji, Kahał Wileński - wówczas naczelna władza samorządu żydowskiego na Litwie, ogłosił dwumiesięczną, publiczną żałobę. To akt niebywałej cywilnej odwagi w czasie, gdy np. biskup Kossakowski starał się lizać, powiedzmy, stopy Katarzyny Wielkiej. Z drugiej strony, ludność żydowska nie była jednolita. Powyższe uwagi odnoszą się do Żydów Polskich, inaczej sytuacja przedstawiała się w wypadku napływających z terenów rosyjskich. Żydzi zamieszkiwali granice, odpowiadające granicom dawnej Rzeczypospolitej. Po zaborze wschodnich terenów przez Rosję nie wolno im było przenosić się dalej do Rosji, mogli nadal pozostawać na tych ziemiach, a i tam podlegali licznym restrykcjom. Część próbowała nadal przetrwać na miejscu, gdzie się urodzili, mimo prześladowań. Część decydowała się na emigrację, raczej reemigrację, kierunek wędrówki się odwrócił na zachód.

Żydzi z ZSSR, w fatalnym okresie okupacji sowieckiej zachowywali się różnie. Wielu ważniejszych i większość zwykłych funkcjonariuszy GPU byli Żydami. Np. w milicji, spotkać można było sporo Białorusinów, Rosjan, Ukraińców, nawet i zaprzańców-Polaków, właściwie wszystkie narodowości zamieszkałe w ZSRR, w GPU zdarzało się to rzadko. Ale nie polscy Żydzi. Z tych, ogromna większość zachowywała się wprawdzie ostrożnie, ale bez zarzutu. Zwykle do dawno zamieszkałego w Polsce Żyda, a z reguły ortodoksyjnego, można było odnosić się z zaufaniem i szukać pomocy w nagłej potrzebie. Czasem nie pomogli, bo się bali – to zrozumiałe - ale nie wydali. To, co się mówiło o żydowskiej solidarności, to zwykłe bajki. Być może, dogadywali się trochę lepiej między sobą i polscy Żydzi byli nieco lepiej traktowani niż Polacy ale zdarzały się akcje wymierzone specjalnie przeciw Żydom i wtedy ci, w służbie NKWD, specjalnie starali się wykazać bezwzględność. (Angus później, porównując to z działalnością wysługującej się Niemcom, żydowskiej policji w gettach, może nie tyle zrozumiał, ale pojął to lepiej.) Tyle relacji bezpośredniej, trzeba ją uzupełnić danymi statystycznymi. Przeciętna wywozów na Sybir była początkowo dla miejscowych Polaków i Żydów mniej więcej taka sama, w granicach błędu (po ok. 160 tysięcy). Ten obraz radykalnie się zmienia, jeżeli w obliczeniach oprócz ludności miejscowej, uwzględnimy uciekinierów z Polski centralnej i zachodniej, krótko mówiąc z ziem, które dostały się pod okupację niemiecką. Uciekinierzy - Polacy mogli na ogół wracać do swoich miejsc zamieszkania, zwłaszcza w pierwszym roku, gdzieś do jesieni 1940. Potem niebezpiecznie było występować z takim wnioskiem. Natomiast uciekinierzy-Żydzi, zostali najpierw pouczeni przez oficerów NKWD. Następnie, jeżeli trwali w bezrozumnym uporze i sami wniosku nie wycofali, wsadzano ich do transportów do Gułagu, a jeżeli wycofali, to też, lecz dopiero przy następnej wywózce. Wszystkich Żydów nie miejscowych, tzw. bieżeńców, według danych Polskiego Rządu Emigracyjnego od 530 do 570 tysięcy wywieziono do końca wiosny 1940 r. Podaję cyfry, ciekawe także dlatego, że zapewne są zbliżone, jak wśród wywożonych Polaków, gdzie nie dysponujemy takimi danymi. Śmiertelność w transporcie wyniosła ok. 25%, w ogóle przeżyło ok. 150 tysięcy z tych, być może ok. 570 tys., to znaczy w przybliżeniu, jeden na czterech. Teraz dopiero można ocenić, co oznaczała przejażdżka na białe niedźwiedzie, z takim biletem człowiek w trzech czwartych znajdował się w krainie cienia, tylko 25% przeżyło. Dopiero wojna niemiecko-rosyjska poprawiła te szanse, z transportów 1941 wróciło więcej, wielu nie dotarło na miejsce zsyłki, kolej przeciążona. Nawet po porozumieniu Sikorski - Stalin, wielu obywateli polskich, także Żydów, jeszcze długo pozostawało w gułagach. Wielu wydostało się z armią Andersa, np. Menachem Regin. Nie ma wątpliwości. Stalin spowodował śmierć ponad pół miliona, nim Hitler zaczął. Polscy Żydzi w ZSRR nie mieli taryfy ulgowej.

Na tym terenie, wszyscy tutejsi to wiedzieli. Ani w dolinie Biebrzy, ani na Podlasiu Żydzi nie byli wcale nienawidzeni. Nikt nie przypisywał im winy. Oczywiście, mogły zdarzać się lokalne zadrażnienia, nienawiści i porachunki, załatwiane przy okazji zmiany okupacji. Niestety, zdarzały się wszędzie. W GG pod okupacją niemiecką, dopiero surowe wyroki sądów KWC dla zdrajców, przerwały plagę donosów. Ale, warunków do zbiorowego mordu nie było, to absurd. Oprócz innych źródeł, przedstawiam wiarygodną relację.

Skąd wzięło się kłamstwo, wpajane przez hitlerowską propagandę? Są dwie możliwości. Albo, jak twierdziła nazistowska propaganda, miejscowa ludność, nie tylko na tym małym, oddzielonym od reszty kawałku ziem polskich, ale również na Litwie, Łotwie, Estonii, Białorusi, Ukrainie oraz zajętej części Rosji, spontanicznie i prawie równocześnie rzuciła się na Żydów, aby ich mordować. Gdyby tak było, to nasuwa się pytanie, co takiego zrobili im Żydzi, że ich tak powszechnie znienawidzono. Taką linię rozumowania przedstawiali hitlerowcy. I dodawali odpowiedź, że to Żydzi, nie tylko pod władza radziecką, co raczej tą władzę sprawujący, dopuszczali się niesłychanych zbrodni i morderstw. Dlatego ich ofiary, wyzwolone przez Niemców, wymierzają sobie sprawiedliwość. Niemcy przyłączyły się do Holokaustu, gdyż Żydzi sobie na to zasłużyli, a wyzwolone narody już tą akcję zaczęły. Nie mieści się w głowie, że obecnie ktoś może wracać do takiego trybu myślenia i na podstawie kłamstw propagandy hitlerowskiej, towarzyszącemu pasmu prowokacji, na serio powtarzać brednie o miejscowej ludności, która rzekomo rozpoczęła mordować Żydów. To, że z tego powodu i dopiero potem Niemcy rozpoczęli Holocaust, można by uznać za śmieszne, gdyby nie było tak makabryczne. Nie ulega wątpliwości, że te, rzekomo samorzutne wystąpienia były organizowane i kierowane z jednego ośrodka. Jedyną siłą, która to mogła przeforsować, były Niemcy. Podobne mechanizmy stosował Hitler już uprzednio, w odniesieniu zarówno do Żydów (jeszcze przed wojną, w Niemczech), jak i do Polaków (w lipcu i sierpniu 1939). Nikt nie ma obecnie wątpliwości, Kristallnacht i podobne gwałty były manipulowane przez władze.

Poznaliśmy to też, na własnej skórze. Jeżeli chodzi o tzw. płonącą granicę Polską, tylko niektóre prowokacje, np. gliwicką, udowodniono ponad wszelką wątpliwość, o wiele innych można by nas też kłamliwie oskarżać. Dobrze zorganizowana prowokacja jest trudna do udowodnienia. Dlatego powszechnie uznaje się, że jeżeli udowodniono niektóre, istnieje domniemanie w sprawie pozostałych. Przestaniemy wracać do kłamstw, skąd wzięła się rzekoma wrogość polsko – żydowska. Wnioski są oczywiste. Taka wrogość wtedy nie istniała, jest fałszem, sfabrykowanym i wmówionym ex post przez tubę propagandową Goebbelsa, po zbrodniach. Zwolennicy P. J. T. Grossa, idą na pasku tej propagandy.

”It was not so, that they were friendly to the Soviets. That is the most appalling misconception of all. The Jews in the old Poland, never communistic in their sympathies, were, throughout the area of the Bug eastward, more afraid of Bolshevism than the Nazis. This is insanity.” [Hilberg, “The Destruction of the European Jews”, Holmes & Meier, New York, 1985, page 294.]

Mój ojciec nie widział już największej tragedii na terenie okupacji ZSRR, jaka miała miejsce w czerwcu 1940r. Wtedy dotarł do GG, żony i syna, wszyscy w ogóle o tym nie słyszeli, zrozpaczeni inną, najgorszą: kapitulacją Francji. Podaję wyjątki z zeznań Herschla Weinraucha, złożonych w dniach 22 i 23 września 1954r. przed House of Representatives US Selekt Comittee on Communist Aggression. Weirauch był Żydem z ZSRR, przed wojną redaktorem Der Stern, wychodzącego tam pisma (w Jidysz). W 1939 przeniósł się do Białegostoku na stanowisko wyższego funkcjonariusza Zarządu Miasta. Zeznał, że w Białymstoku przebywało wtedy ponad 100 tys. Żydów, z tego 50 do 60 tys. uchodźców z Zachodniej i Centralnej Polski. Miejscowi Żydzi i wszyscy inni mieszkańcy, utracili obywatelstwo Polskie na drodze zarządzenia administracyjnego, zostali automatycznie przepisani na obywateli ZSRR. Natomiast „inostrancy”, uchodźcy z terenów okupowanych przez Niemcy, mieli albo powrócić do miejsca zamieszkania, albo zrzec się dawnego obywatelstwa. Polakom, na ogół dotąd pozwalano na wyjazdy, natomiast z uciekinierami żydowskimi przeprowadzono rozmowy, przedstawiono im niebezpieczeństwo związane z powrotem pod władzę niemiecką i namawiano do zrzeczenie się obywatelstwa. Prawie wszyscy nie chcieli skorzystać z tego dobrodziejstwa, zdecydowanie odmówili. W końcu czerwca 1940 zostali aresztowani i deportowani na Syberię.

Bronisław Teichholz, w latach 1945 do 52 przewodniczący Międzynarodowego Komitetu Żydowskich Więźniów Obozów Koncentracyjnych, a w 1940 r. żyjący we Lwowie, zeznał, że w podobnych okolicznościach aresztowano i deportowano tam ponad 50 tys. ludzi. Polski Rząd Emigracyjny oświadczył, że na wiosnę roku 1940, ok. 600 tys uchodźców żydowskich z centralnej i zachodniej Polski zostało deportowanych na Syberię i osadzonych w obozach pracy, lub koncentracyjnych. Rabbi Aaron Pechenick w publikacji Zionism and Judaism in Soviet Russia (N. York 1943) napisał: w ciągu dwu straszliwych dni i nocy, prawie milion Żydów wepchnięto w straszliwych warunków do wagonów bydlęcych i deportowano. Po przybyciu na miejsce, na koniec długiej dniówki pracy, otrzymywali tylko chleb i wodę.

Wreszcie, wg rozliczeń Joint Distribution Committee, w roku 1942 pomoc żywnościową na Syberii rejestrowano dla 600 tys. Polskich Żydów. W sprawozdaniu z 1943 JDC, stwierdza, że według wspomnień tych ludzi, w czasie trwającej 4 do 6 tygodni drogi, umarło przeciętnie od jednej piątej do jednej trzeciej więźniów. „Kto nie widział tysięcy grobów, przeważnie dzieci lub osób słabszych, rozsianych wzdłuż linii kolejowych, nie zdoła sobie tego wyobrazić.” Oznacza to, że jeżeli w roku 1942 na Syberii zarejestrowano jeszcze 600 tys. żywych polskich Żydów, to deportowanych musiało być o wiele więcej, prawdopodobnie od 750 do 900 tysięcy. Cyfry z różnych źródeł trochę się różnią, wiadomo, że powróciło 157 tysięcy. Nie ulega wątpliwości, że zginęło tam, względni tajemniczo znikło ponad 600 tysięcy Polskich Żydów. Nie wiele lepsza szansa przeżycia, jak pod okupacją niemiecką, śmiertelność rzędu 80%. Po wojnie, przez długi czas przypuszczano, że część Żydów Polskich przetrzymywana jest jeszcze w Gułagach, ale po 1946 r. nikt więcej nie wracał, (tzn. z Żydów, Polacy wracali dłużej). Mnie przypominało to opowiadania rodziców o powrocie z Podkaukazia w Rosji po I wojnie, pociągiem ewakuacyjnym. O pociągach, które zniknęły po drodze i poznanych ludziach, których nikt więcej nie zobaczył. Ale tam chodziło o tysiące, a tutaj setki tysięcy. Polaków też. Przypuszczam, szczegółowych danych nie ma, że szanse przeżycia zsyłki były podobne w przypadku Polaków, jak dla Żydów: około 25%. Przeżył może co czwarty, a już w drodze ginął podobny %, w zimie zapewne więcej. Tak samo na miejscu: od 250 do 500g chleba dziennie, wszelkie inne produkty żywnościowe można tylko wymienić, pieniądze bezwartościowe, o kupowaniu można zapomnieć. Sytuacja poprawiała się, gdy zesłaniec nauczy się żyć z lasu, ale taka umiejętność nie przychodziła zaraz ani łatwo. Część Żydów Polskich uratowała się, podając się za Polaków i zgłaszając się do Polskiego Wojska, zwłaszcza do korpusu Andersa. Znany jest przypadek Menachema Begina.

Ostatnia masowa zsyłka, zaczęła się 13 czerwca 1941 i dotyczyła tzw. elementu niepewnego na zapleczu frontowym, do którego zaliczono w pierwszym rzędzie Żydów (tym razem, Polaków w mniejszym stopniu). Najwidoczniej, atak niemiecki nie był aż tak niespodziewany, bo chociaż Armii Czerwonej nie postawiono w stan bojowy, ani nawet nie wydano ostrej amunicji, pozostawiając żołnierzy bezbronnych, jednak NKWD już przystąpiło do wykonywania planowych zadań. Nie wiem, czy akcja objęła również Jedwabne, prawdopodobnie, bo wszystkie inne skupiska Żydów tak. Jeżeli również, to może wyjaśniać mniejszą, niż pierwotnie ilość przypuszczanych zwłok. Te zwłoki zapewne leżą dalej, przy torach. Mimo wszystko, w tych transportach szanse przeżycia były lepsze, gdyż nie dotarły one do Gułagów. Wybuch wojny spowodował, że więźniów wyładowano wcześniej. Wagony stały się potrzebna natychmiast, do gigantycznej ewakuacji robotników wraz z zakładami przemysłowymi. Mimo klęsk Armii Czerwonej, Stalin najbardziej drastycznymi metodami zdołał wycofać przed zajęciem przez wojska niemieckie z ogromnych obszarów, w zasadzie wszystkich pracujących. Według danych niemieckiego Kriegsverwaltung und Wirtschaftsstab (sprawozdania podpisał Ministerialdirigent Dr. Raucher), było to 11,5 do 12,5 miliona ludzi, nie licząc oczywiście Armii. Wprost nieprawdopodobne, również większość maszyn, ciężkiego sprzętu, urządzeń i środków produkcji. Zdumiewające, jak kolej wytrzymała transport, przeciążenie niewyobrażalne. Ludźmi nikt się nie przejmował, do bydlęcego wagonu wpychano nawet 80 i więcej osób. Na miejscu siła robocza padała jak muchy, większość, także w zimie mieszkała w ziemiankach, a nawet namiotach, wyżywienie absolutnie niewystarczające, praca 12 do 14 godzin na dobę codziennie. Jednak zakłady już po 1 - 2 miesiącach rozpoczynały produkcję, a do zimy większość odzyskała pierwotną wydajność, nie ważne, jakim kosztem. Nie mam danych, ale przypuszczam że w tych warunkach mogło przeżyć około połowy pozostałych z tej ostatniej zsyłki, zarówno Żydów jak innych ewakuowanych. Jeżeli tak, to mimo najcięższych warunków dla niektórych był to bilet życia, pozostając, mieliby znikome szanse, a gułag też był gorszy. Jednak mówić, mieli szczęście, zakrawa na cynizm. Trudno ocenić, czy więcej strat w ludziach zadał polskim Żydom Hitler, czy właśnie Stalin, cyfry, a raczej szacunki się różnią. Np. Walter N. Sanning, w “The dissolution of Eastern European Jewry”, Torrance 1983 twierdzi, że biorąc pod uwagę uchodźców z zachodniej i centralnej Polski, którzy w większej części zginęli na Syberii, oraz polskich Żydów, którzy przekroczyli granicę Rumuńską, w strefie okupacji niemieckiej pozostało tylko ok. miliona polskich Żydów. To zdanie podtrzymuje Arthur R. Butz. Gdyby to była prawda, Stalin ma pierwsze miejsce wśród morderców. Ale sądząc z tego co widziałem, Sanning zaniżył szacunek, choć nie umiem stwierdzić, ile. Krakauer Zeitung, czytałem, pisał o 1,5 miliona w GG, Heydrich zaokrąglał do 2 milionów, zapewne przesadzał, by podkreślić zasługi.

Wnioski. Polscy Żydzi nie zdradzili nas, nie poszli na kolaborację ani z jednym, ani drugim okupantem, lojalni do śmierci. Co za straszna tragedia, a jednocześnie wspaniały przykład bohaterstwa: 600 tysięcy ludzi odmawia zrzeczenia się polskiego obywatelstwa i płaci za to najwyższą cenę. Nie wszyscy zrobili to z patriotyzmu, wielu kierowało się osobistymi pobudkami. Chyba jednak, skoro tak postąpili, nie mogli żywić do swojej przybranej, a może z wyboru, Ojczyzny, negatywnych uczuć, nie czuli się w niej obco, źle. Zgoda, zapewne nie spodziewali się aż takich konsekwencji.

Inny przykład, nie zapomniany, to los polskich oficerów w Katyniu. Oni też pozostali lojalni do śmierci, zapewne też nie spodziewali się aż takich konsekwencji, bo te normalnemu człowiekowi nie mieściły się w głowie. Gdyby mogli przewidzieć przyszłość, może niektórzy zastanowiliby się jeszcze raz nad decyzją. To nie zmienia faktu, że czcimy ich pamięć. Czyż więc pamięć, najmniej pół miliona Żydów (w przybliżeniu), co też zginęli, nie zasługuje też na cześć? Każdy inny kraj, stawiałby takim obywatelom pomniki, rozgłaszał i upamiętniał ich wybór. Może z dodatkiem szczypty obłudy, bo przynoszą chwałę również temu krajowi. Rzadko, cenią sobie obywatele swe państwa aż tak wysoko, nad życie. I nie bez powodu, kraj musiał być tego wart. Możemy ich wspominać i uczcić tylko przy pomnikach Sybiraków i Żołnierzy Korpusu Andersa, których część stanowili. Przydałby się jeszcze jeden oddzielny, choćby na pokaz dla cudzoziemców. Nikt nie ważyłby się zarzucać Polakom antysemityzmu. Bez sensu, pomijać bohaterów, a stawiać posągi ludziom, którzy im do kolan nie dorośli.

To wyjaśnia sprawę miejscowej ludności. Na pewno nie nienawidziła Żydów, nie miała za co. Można udowodnić to nawet tym, którzy pili ze źródeł zatrutych przez okupacyjną, nazistowską propagandę. Ludność miejscowa, z Podlasia, doliny Biebrzy, a także innych miejsc okupacji ZSRR widziała i doskonale się orientowała, że Polacy i Żydzi znoszą ten sam los i byli tak samo prześladowani. Gorzej ucierpieli właśnie Żydzi. Uwzględniając los uciekinierów, dużo więcej, zesłano wyższy procent. Np. przed wojną w Białymstoku mieszkało ogółem 100 tys. ludzi, w tym 40 tys. Żydów, potem ogólna liczba mieszkańców rozdęła się dwukrotnie, w tym samych Żydów do ponad 100 tys., a z tego deportowano 50 do 60 tys. W 1941r. nie było żadnych rozrozrachunków z okresu okupacji sowieckiej, nie mogło być. Oczywiście różne osobiste pretensje, żale i krzywdy się zdarzały, czasem próbowano je załatwić przy okazji zmiany okupanta, także w GG. pod Niemcami. Także rozliczano ludzi, którzy okazali się zdrajcami czy kolaborantami. Ale masowe represje i nienawiść do wszystkich Żydów, nonsens. Bardziej prawdopodobne było by, gdyby mordowano np. wszystkich Białorusinów, albo, jeńców radzieckich. Nie było nic przeciw Żydom, chyba zazdrość, że doznali więcej krzywd i przewyższyli nas, wiecznych męczenników. To nonsens, jedynie ktoś głupi mógłby uwierzyć. Absolutnie nie było powodów do masowego mordu. A na pewno nie na Podlasiu i okolicy, wiem to wprost od tamtejszych ludzi, z którym rozmawiałem krótko po wojnie.

Anatomia prowokacji. Tak się złożyło, że jestem synem chłopa z Podlasia. Poznałem tamten świat, właściwie dawny, już nie istniejący, z opowiadań ojca (patrz: www.andrzej-anonimus.at.com, Tajna historia II Wojny światowej, Rozdział 1). Ciekawsze wprawdzie były opowiadania o Kaukazie, ale gdy temat się wyczerpał, a ja jeszcze nie radziłem sobie z czytaniem, np. Ossendowskiego, zadowalałem się wspomnieniami młodości z Podlasia Ojciec mógł trochę podkoloryzować żeby zaciekawić dzieciaka, ale trzymał się faktów, niczego nie zmyślał. Nie potrafił, to dziedziczne.

Ojciec całe życie, pozostał wierny wyniesionym stąd przekonaniom endeckim. Zrozumiałe, gdyż możliwość kształcenia i awansu życiowego zawdzięczał organizacji o charakterze narodowym, Macierzy. Podlasie i przyległa część Mazowsza, były domeną Endecji, w znaczeniu tradycyjnym, od Powstania Styczniowego. Te wspomnienia mieszały się następnie z nieludzką rozprawą władz carskich z Unitami i potem bojkotem nawróconych kulami prawosławnych, przez katolików. Natomiast nie istniała wrogość do Żydów. Zrozumiałe, bo gdy carskie władze zdecydowały się następnie uderzyć w podstawy rozwoju ekonomicznego tzw. Kraju przywiślańskiego (zwłaszcza Łodzi), przez wprowadzenie ceł wewnętrznych, Żydzi zorientowali się pierwsi i zainicjowali przenoszenie przemysłu zaraz za granicę celną, co dało impuls rozwoju Białegostoku i chałupnictwa w dolinie Biebrzy.

Sytuacja się zmieniła, gdy wybił się Dmowski, zdolny polityk, jednocześnie charyzmatyczny i pragmatyczny (rzadkie połączenie). Odszedł on od dawnych zasad i ustanowił nowe, można powiedzieć, egoizmu narodowego. Żydów zaliczył do konkurencji, nie zostawiają miejsca dla rozwoju polskiej klasy średniej. Ale tylko w sensie ekonomicznym. Na tym terenie nadal pozostawali pod parasolem ochronnym, obowiązywał wciąż wspólny front wobec władz, czarna sotnia i pogromy nie miały żadnych szans, to mogło się zdarzać tylko gdzieś na wschodzie. Oto alibi do 1910r. :

Niezależny Żydowski Komitet wydał w Lipsku i Kolonii 1910 r. oświadczenie: „Pogromy na ziemiach Polskich można prowadzić tylko przy użyciu rosyjskiego wojska. Władze rosyjskie... są niezdolne popchnąć Polaków do... barbarzyństwa. Nie ma perspektyw, by Polacy zgodzili się być narzędziem… rządu”

Wychowany w rodzinie o endeckich przekonaniach, podzielałem je i zmieniłem dopiero w czasie wojny. Nigdy nie zauważyłem wrogości wobec Żydów, rodzice uznawali potrzebę konkurencji, umocnienia polskiej klasy średniej, ale też, że może ona wiele nauczyć się od Żydów - im prędzej, tym lepiej. W jaki sposób mogło dojść do tak ohydnej i tragicznej zbrodni? Absurdalne jest przypuszczenie, że miejscowa ludność polska, od wieków współżyjąc z Żydami, mogłaby w przystępie jakiegoś amoku nagle ich wymordować. Po bzdury, sen pijanego ogrodnika. Jak wygląda anatomia zbrodnia?

Na to pytanie, jedyną odpowiedź przedstawia ówczesna propaganda niemiecka. Według niej, ta zmiana dokonała się w ciągu niecałych dwóch lat okupacji sowieckiej, w wyniku kolaboracji Żydów z tym wyjątkowo nieludzkim ustrojem. Właściwie, rządów żydowskich, bo cały system ZSRR przedstawiano jako żydowski twór, system niewolniczy mającym zapewnić panowanie Żydów nad innymi narodami, w przyszłości, całym światem. Kompletna paranoja. Dlatego rzekomo, wszystkie narodowości na wschodzie wraz z Polakami, witały z wdzięcznością niemieckich oswobodzicieli (!), a zapałały nienawiścią do Żydów. Kłamstwo, bezustannie powtarzane, przenika do podświadomości. Propaganda goebelsowska zwracała się przede wszystkim do własnego narodu, ale również możliwie dużej części świata, mając na celu przygotowanie i usprawiedliwienie rozpoczynającej się zbrodni wymordowania całego narodu. Morderca z reguły stara się zohydzić swoją ofiarę, szlakować ją, aby wzbudzić wrażenie, że działa słusznie albo w stanie wyższej konieczności. Tak naprawdę, ofiara jest sobie sama winna i zasługuje na swój los. Przestępcy twierdzili tak zawsze, a ostatnio modna stała się tak zwana nauka, wiktymologii, usiłująca wyjaśnić, dlaczego właśnie te, a nie inne ofiary stały się ofiarami. Krótko mówiąc, poszukująca zła nie w umyśle zbrodniarza, ale ofiar. Zdumiewa i przeraża akt, że fałsz szerzony przez hitlerowców zdołał po latach tak zatruć umysły, faktycznie stał się postawą rozumowania, opiera na tym swoje twierdzenia Prof. J. Gross. Koszmarny obłęd.

Społeczeństwo polskie na Kresach, nigdy za prześladowania okupanta nie winiło zbiorowo Żydów. Wiem to z wiarygodnych źródeł, między innymi od własnego ojca, który dzięki ostrzeżeniu miejscowych Żydów, uciekł w porę przez zieloną granicę z Podlasia. Tą relację i stosunki panujące na tym terenie przedstawiłem obszernie w książce (Tajna historia II Wojny Światowej, www.andrzej-anonimus.com), nie ma potrzeby nic powtarzać. Polscy Żydzi, przeważnie zachowywali się przyzwoicie, często sami padli ofiarą radzieckiego okupanta, nie było taryfy ulgowej. Oczywiści, zdarzali się zdrajcy, wśród Polaków też. Wprawdzie w aparacie terroru, NKWD, znaczną część stanowili Żydzi, ale renegaci, pochodzący z ZSRR. Zdrajcy miejscowi, bez względu na narodowość, nie dochodzili do ważniejszych funkcji w NKWD. Znane fakty, lecz obce nowym pokoleniom, błąd wynika z ignorancji. Chyba zupełnie nie zdają sobie one sprawy, jak wyglądał mechanizm prowokacji. Ja miałem okazję oglądać to z bliska w lipcu i sierpniu 1939 i zapoznać się z wersją propagandową w tzw. białej księdze, wydanej przez Auswaertiges Amt 1939, Reichsdrukerei Berlin 1939 „Dokumente zur Vorgeschichte des Krieges”. Wymienione są w niej dziesiątki podpaleń zabudowań kolonistów niemieckich przez, rzekome „bandy polskich chłopów”. Nie pada przy tym tyle trupów, raczej wymienia się pojedynczych zabitych i rannych, gdyż te prowokacje, wymieniono setki, dokonywane były przez Niemców na samych Niemcach. Ale opisane są wypadki, że np. „zdziczały Polak” wyrywa matce dziecko z rąk i zabija je. Kiedy polskie władze usiłowały wyjaśniać, że przecież to prowokacje (określano tą nazwą działania tzw. piątej kolumny), Hitler nawiązał do tego w mowie 1 września, cytuję - „nie wiem, na czym polegają prowokacje kobiet i dzieci, które porywa się i maltretuje, prowokacje tych, które torturuje się w sadystyczny, zwierzęcy sposób i ostatecznie morduje... Ostatniej nocy zdarzyło się 21 takich wypadków, bieżącej, dotąd zameldowano o 14, w tym 3 ciężkie. Jestem zdecydowany... zatroszczyć się... reagując siła... po to, aby w przyszłości zapewnić ...pokojowe współżycie Niemców i Polaków (sic!)...”.

(Te trzy ciężkie wypadki, to rzekomy atak oddziału polskich powstańców na radiostację w Gliwicach, przejściowo zajęta i odbita przez oddział dyspozycyjny SS, oraz dwa rzekome napady polskich żołnierzy w rejonie Liegnitz, przy czy zabici zostali funkcjonariusze niemieccy, po jednym celniku w Phalzdorf, Kreis Gruenberg i Roersdorf, Kreis Fraustadt.). I dalej: „Od tej chwili, trwa dalsza walka, wojska niemieckie odpowiadają ogniem... itd.”

Gdyby nie proces Norymberski, odnalezienie konkretnych dowodów (nie przez Polaków, lecz wywiad aliancki), szczegółowym udokumentowaniu mechanizmu prowokacji, teraz tłumaczylibyśmy się z wywołania II Wojny Światowej. Historycy daremnie szukaliby w niemieckich archiwach, a my, pełni wątpliwość, składali przeproszenia. Czyż te wypadki nie przypominają Jedwabnego?

Einsatzkommanda, zwane tak od września 1939, przedtem tzw. grupy operacyjne „V kolumny”, organizowane częściowo w Rzeszy, a częściowo już na ziemiach polskich, dokonywały zbrodni w taki sposób, by obciążyć nimi Polaków. Na początku zdarzały się kompromitujące wpadki, jak np. z grupą w Wielkopolsce, która zwróciła na siebie uwagę, gdyż instruktor był perfekcjonistą i zbyt długo ćwiczyli śpiewanie Roty (którą kończono występy przy płonących domach niemieckich osadników). Ale ćwiczenie czyni mistrza, ulepszono technikę.

Dwa lata później, dokonano masowo i na wielką skalę, na zdobytych terenach po-sowieckich, wielu podobnych prowokacji, ofiarami padali Żydzi a nie Niemcy, więc nie szczędzono trupów. Na ziemiach zamieszkałych przez Polaków, zdarzyły się tylko marginesowo. Na przygranicznym skrawku, w Jedwabnem szczególnie nas dotknęła, perfekcyjnie przygotowana. Mimo, że stanowiła drobny ułamek tego, co w tym samym czasie działo się na sąsiednich terenach, zostawiło na nas niesłuszną plamę. Jedyny błąd, to palenie ofiar w stodole, przecież to wizytówka SS, karnych ekspedycji. Polscy złoczyńcy nigdy nie palili ofiar ni zwłok, inny „modus operandi”.

W 1941 prowokacja była łatwiejsza niż w 1939r. np.nie były potrzebne mundury Polskiego Wojska, lub polskich organizacji, jak Związek Powstańców. Wystarczały chłopskie kurtki. Także przekroczenie granicy, nie stanowiło problemu, Niemcy panowali nad całym terenem. Można przypuszczać, że „Einsatzkommando” podobne, lecz większe od „oddziału dyspozycyjnego SS” z Gliwic, zostało sformowane w Prusach Wschodnich. Po krótkim, intensywnym szkoleniu, przekroczyło czasowo opróżnioną dawną granicę Rzeszy. Potem, wzdłuż dawnych szlaków przemytniczych, prowadzone przez przewodników z dawnej agentury Abwehry, przesunęło się w dolinę Biebrzy. Jedyna trudność, dla zachowania tajemnicy trzeba było zrezygnować z transportu motorowego. Niemcy nie przywykli do dłuższych marszów. Ale przecież chodzi o odległość, którą przemytnicy przebywali w ciągu jednej nocy. Przebrani mordercy posługiwali się wozami konnymi (tak wynika z opisów). Prawdziwi chłopi bardziej niż własne życie chroniliby i ukrywali konie, nigdy nie ryzykowali jazdy wozem w strefie przyfrontowej gdzie zaprząg mógł zostać zarekwirowany przez Wehrmacht. Zapewne, część Niemców wzięła bezpośredni udział w zbrodni, reszta otaczała teren kordonem i ubezpieczała akcję, na wypadek gdyby prawdziwi chłopi okazali solidarność z Żydami, jak za carskich czasów. Jednak szansa była mała, świeżo po przejściu frontu, obowiązywały przepisy prawa wojennego, zakazujące wszelkich zgromadzeń ludności. Ogłoszono, że wojsko niemieckie ma prawo bez ostrzeżenia, otworzyć ogień do każdej grupy liczącej ponad 3 osoby. To, że Niemcy zezwolili na wielkie zgromadzenie, dowodzi niezbicie ich udziału, mimo, że ci w mundurach, to jest kilku żandarmów i grupka przejezdnych oficerów nie zbliżała się do miejsca zbrodni, siedzieli na pokaz, cicho i spokojnie. Nawet zrezygnowali z filmowania zajść, w aktach procesowych jest wzmianka, że jeden z przejezdnych oficerów miał kamerę i chciał ją użyć, po krótkiej dyskusji zrezygnował, robili tylko zdjęcia i wkrótce odjechali.

Oczywiście, decydujące znaczenie miał wybór na burmistrza w Jedwabnym, Karolaka, jak się później okazało wieloletniego rezydenta Abwehry i Niemca, czasowo pełniącego obowiązki Polaka. Wybrał on najgorsze szumowiny i udekorował przybyłą niemiecką ekipę polskimi przestępcami. Karolak został skazany przez polskie podziemie na karę śmierci, jednak wyroku nie udało się wykonać, jego mocodawcy wycofali go w porę i ukryli. Ilu Polaków zdołał skłonić do współpracy w Jedwabnym? Trudno dokładnie ustalić, ale chyba nie wiele więcej, niż wymieniono w śledztwie i akcie oskarżenia, ok. dwudziestu. Z tego, kilku pozornie posłuchało go, a następnie schowało się. Szacunkowo, w Jedwabnym mogło być około 225 polskich mężczyzn, 22 odpowiadałoby w przybliżeniu 10% ludzi o złych skłonnościach, zbliżone do przeciętnej średniej. Oczywiście, absurdem i niedorzecznością jest przypuszczenie, że taka liczba, 22, zdołałaby dokonać egzekucji 1600 osób, w tym ok. 400 mężczyzn. I to bez broni palnej, kije, pałki i miotły miały obie strony, baty i nawet siekiery też równo dostępne. Za posiadanie broni palnej pod okupacją karano śmiercią, wraz z wszystkimi w pobliżu, na zasadzie odpowiedzialności zbiorowej, rabunek też).

Dlaczego Żydzi się nie bronili? Zrobiliby tak pewnie, gdyby zagrażali im Polacy, Natomiast za wszelką cenę, nawet własnej śmierci, nie chcieli rozpoczynać walki z Niemcami. Historyk dr Ignacy Szyper, jeszcze rok później, w lipcu 1942: -„Samoobrona jest równoznaczna z zagłada całego getta. Wierzę, że uda się zachować podstawową część. Jest wojna, każdy naród musi ponosić ofiary, by zachować istotną część... Gdybym był przekonany, że nie zdołamy zachować choć części, wyciągnąłbym inne wnioski.” -

Przywódca religijny ortodoksów Zysie Frydman, lipiec 1942: - „Wierzę w Boga i wierzę, że nastąpi cud. Powinniśmy czekać, czekać na cud. Walka z Niemcami jest nonsensem. Niemcy wytrzebią nas w ciągu kilku dni. Pytam was, przyjaciele moi, którzy wierzycie aliantom, czemu ogarnia was rozpacz? Wszak wierzycie, że alianci zwyciężą i przyniosą wam wolność.” - Więcej zbrodniarzy nie znaleziono, choć mieszkańcy znali się nawzajem i trudno przypuścić, by któryś mógł nie zostać dostrzeżony. A już cechy obłędu, prawdziwej choroby umysłowej miałaby myśl, że w doszło do powszechnego sprzysiężenie całej pozostałej ludności. Setek przypadkowych ludzi, wszyscy wszystko wiedzą lecz milczą jak zaklęci. Nikt się nie wygadał, w ciągu sześciu dziesiątków lat, nikt się nawet nie interesował. Niektórzy ludzie mają chorobliwą tendencję do teorii spiskowych, ale nawet dla nich, to czysty nonsens.

Chciałbym chwilę uwagi poświęcić polskim chłopom, uwag w książse „Sąsiedzi” nic nie usprawiedliwia. Nie chcę w obliczu tak wielkiej tragedii odwoływać się do argumentów, które komuś mogą wydać się małostkowe. Jednak to ma charakter oszczerstwa w stosunku do grupy społecznej. Tym bardziej, że sąd nie ustalił, nie znalazł ani jednego winnego chłopa (nikogo z okolicznych wsi, choć tacy musieliby być znani z widzenia. Niestety, byli winni z miasteczka). Formalnie, obowiązuje wyrok wydany przez sąd poprzedni. Nie wolno rzucać pomówień, tym bardziej, że ci chłopi w przeszłości chronili skutecznie Żydów, taki czyn nie leżał w ich naturze. O ich głębokiej kulturze pisała Orzeszkowa. Żydzi, domokrążcy lub wędrowni rzemieślnicy, jakoś bez obaw wędrowali po wsiach, nie bali się, że są otoczeni przez stada wilków. Sprawa budzi silne emocje i dlatego nie kwalifikuję insynuacji jako podłość, ale bez wątpienia jest naganna moralnie. Dyskryminuje słabiej wykształconą grupę, która nie potrafi zabrać głosu i się odgryźć.

Ci nieznani, w chłopskich kurtkach, to Abwehrkommando z nad Osowca. Nie dysponuję absolutnymi dowodami, ale przedstawiam poważne poszlaki oraz logiczne rozumowanie, oparte na analogii podobnych zdarzeń oraz na znajomości warunków okupacyjnych i wojennych zbrodni. Żyjąc może nawet za długo, nie tylko widziałem, ale też prawie bez przerwy czytałem tajne archiwa, nagromadziłem dużo informacji i nauczyłem się je łączyć logicznie. O dawnych szlakach przemytniczych, północnym i zachodnim (tzw. polskim) od Jedwabnego wiem od kolegi, znanego później alpinisty, który początkowo na wyprawy zbierał fundusze - zbierając szyszki koło Piszu. Tam pogawędził ze starym (już w roku 1970), emerytem, leśnikiem z doliny Biebrzy, koło Jedwabnego. To, że przed wojną północne Mazowsze i część Podlasia, zalane było towarami pochodzącymi z Prus Wschodnich, wiedziałem i widziałem od dziecka, to była tajemnica Poliszynela. Fakt, że wywiady nagminnie korzystały ze szlaków przemytniczych, znamy z wielu pamiętników. Sądzę, że możliwe jest sprawdzenie, czy ta analiza jest trafna. Trzeba jeszcze raz przejrzeć niemieckie i polskie archiwa, wiedząc, czego szukać.

Właściwym kluczem powinno być hasło Osowiec, lub Festung Ossowietz. Dolina Biebrzy, nie budziła zainteresowania Nachrichendienst’u, później Abwehr’y swoim pięknem, nie interesowały ich również Jedwabne czy Radziłów. Natomiast od I Wojny Światowej, wywiad wojskowy dozorował twierdzę rosyjską, które w latach 1914 i 15, sprawiła Wehrmachtowi dużo kłopotu. Psychoza, stare obiekty nie były przez Wojsko Polskie odnawiane, tym bardziej rozbudowane. Lecz słusznie czy nie, Niemcy uważali Osowiec za najważniejszy punkt przy granicy Prus, natomiast Jedwabne i inne miejscowości, stanowiły czasowe miejsce ulokowania agentury, rezydentów, takich jak Karolak. To czulenie czy paranoja, nie okazało się trafne. Zainwestowane środki wykorzystano następnie, do dodatkowego celu. Jeżeli wniosek jest słuszny, nie ma sensu szukać w okolicy Jedwabnego większych jednostek umundurowanych, Gestapo, żandarmerii, lub SS. Oczywiście, teren prowokacji zostawili Niemcy celowo pusty, za wyjątkiem małego posterunku. Całkowity brak zwracałby uwagę, a mógł być potrzebny, choćby do utrzymania łączności. Obecność małej ekipy dokumentalistów łatwo tłumaczyć czystym przypadkiem, zbierali materiały propagandowe. Gdyby się pojawił ważny gestapowiec z Ciechanowa, albo Warszawy, większa umundurowana grupa, dano by im do zrozumienia, że obecność jest chwilowo niewskazana. „Geheime Reichssache”. Nie ulega wątpliwości, że Żydzi z Jedwabna nie mieli żadnych szans na przeżycie, musieli zginąć. Zwłaszcza, że „oczyszczony” teren, włączono wkrótce potem do Rzeszy, Prus Wschodnich. Stało się niestety, przy udziale mętów i szumowin polskiego pochodzenia i przyniosło nam wstyd i hańbę. „Mnóstwo Kainów jest pośród nas”. Nas też spotkały straszne hekatomby.

R. Heydrich mógł być zadowolony, to udana, wzorowa prowokacja. Tyle razy przedtem próbowano tego na polskich ziemiach bez powodzenia, nareszcie w tym małym przygranicznym rejonie Polski Niemcy osiągnęli efekt nie gorszy, niż w tych samych dniach na terenach Litwy, Łotwy, Białorusi i Estonii. Średni odsetek zdrajców i renegatów w innych krajach Europy był nie mniejszy. Instrukcje Reinharda Heydricha dla Einsatzgruppen:

„Dla obserwatora z zewnątrz powinno to wyglądać, że sama miejscowa ludność zareagowała w sposób naturalny przeciwko dziesiątkom lat opresji przez Żydów oraz przeciwko terrorowi stworzonemu przez komunistów - oraz że miejscowa ludność dokonała tych pierwszych posunięć na własną rękę”.

Mnóstwo Kainów – parafrazując: „Ależ o Panie ... ,choć naszą przyszłość cofnęli wstecz, inni szatani byli tam czynni, o rękę karaj, nie ślepy miecz!”. Więcej szkody przyniosły wypowiedzi nieodpowiedzialnych ignorantów, głupców, nie zdających sobie sprawy, że sieją na jadzie, pozostawionym przez ideologię hitlerowską. Paradoksalnie, procesy czarownic zdarzały się wyjątkowo w dawnej Polsce, mały ułamek tego, co na Zachodzie, jednak wystarczyło ledwie parę, w czasie, kiedy Europa już się otrząsnęła, by Polskę okrzyknięto ciemnym, zacofanym krajem.

Błąd tkwi w traktowania zbrodni w Jedwabnym jak zdarzenia izolowanego. W rzeczywistości, to fragment wielu podobnych, jakie zaczęły się wtedy na Litwie, Łotwie i Białorusi. Wymowny obraz: Gdy zaznaczyć je na mapie, miejsca te układają się w wachlarz, wychodzący z Prus Wschodnich. Akcja skręca na południe, na Ukrainę, Mołdawię. Holocaust objął ok. 1,5 miliona Żydów na obszarach wschodnich, natomiast w ogóle nie dotarł tego roku do GG., omijając ówczesny rezerwat Polaków. W GG, do końca 1941 nie rozpoczęto mordowania Żydów. Gdy chodzi o zbrodnię seryjną, należy szukać seryjnego mordercy. Elementarne, drogi Watsonie. Chyba, że za prawdziwą uzna się nazistowską propagandę, że to prześladowana ludność zaraz po "wyzwoleniu" przez Wehrmacht, spontanicznie rzucała się na dotychczasowych prześladowców, identyfikowanych z Żydami. Koniec czerwca, lipiec 1941, czas, gdy Hitler skoczył do gardła dotychczasowego sojusznika. Gdy tylko osiągnął sukces na froncie wschodnim, zaczęto mordować Żydów (podobnie, akcję AB, mordowanie Polaków zaczęto, gdy odniósł sukces na froncie francuskim). Pan Gross pisze, że podejrzewał okupanta, lecz w archiwach nie znalazł dowodów, ślad musiałby zostać co najmniej w aktach RSHA. W archiwach nie ma w ogóle niczego, co łączyłoby Hitlera z Holokaustem. Gdzie zdrowy rozsądek?

Wystarczy przejrzeć niemieckie gazety z lipca 1941 r., centralne lub lokalne. Obok komunikatów i opisów zwycięstw, korespondenci odsłaniają niesłychany terror, znajdują piwnice pełne zwłok, masowe groby, fotografują stosy ciał ze śladami tortur. Trwa szczucie, nagonka na Żydów – patrzcie, to ich dzieło. Czy to nie wystarczy za dowód? Spojrzeć na Voelkischer Beobachter.

Już 4 lipca ukazał się komunikat OKW, że w rejonie Mińska poddało się 20000 Czerwonoarmistów (i następnego dnia więcej), rozstrzelawszy przedtem swoich komisarzy, Żydów. Wątpię, czy w archiwach RSHA znajdzie się materiał, opisujący prawdę. Czy ktoś wierzy, że komisarzy wymordowali spontanicznie podwładni, a Hitler wydał rozkaz z 6 czerwca, aby im oszczędzić trudu, proroczo poczuł potrzebę formowania Einsatzkommand? Podobnie, jak że w 1939 polscy bandyci napadli na radiostację w Gliwicach i wywołali wojnę. Czy ktoś pamięta jeszcze niemiecką kampanie prasową, o tzw. „płonącej granicy” z 1939 (jak rzekomi „polscy chłopi” palili zabudowania niemieckich kolonistów)? Niemiecka „Biała księga”, Documente zur Vorgeschicte des Krieges, wydana w Reichsdruckerai 3 pażdziernika 1939, z podpisem Ribbentropa, wylicza setki takich wypadków. Hitler w mowie 1 września 1939 wylicza dwadzieścia jeden poprzedniej nocy i czternaście bieżącej, trzy ciężkie (w tym prowokację Gliwicką).

Lipiec 1941, początek Holokaustu, w założeniu propagandowym, miał wyglądać jak „powszechna wola ludu”. Rzekomo, miejscowa ludność, po „wyzwoleniu” przez Wehrmacht, rzuciła się na dotychczasowych katów i oprawców, dokonując samosądu. Wykorzystano fakt, że aparat NKWD w dużej mierze składał się z Żydów. Nieważne, że nie miejscowych, a z ZSRR, gdzie zastąpili wymordowaną w rewolucji inteligencję, gdy brakło umiejących czytać i pisać. Zwykle, dyktatorzy usiłują usprawiedliwić swoje nikczemne poczynania, powszechnym konsensusem, zgodą i aprobatą. Także Hitlerowi, zależało na wywołaniu wrażenia, że spełnia najgorętsze pragnienia miejscowej ludności, wmówił to Niemcom, z pełnym sukcesem. Jest zdumiewające, jak ignorancja, w sprawach tak przecież niedawnych, pozwala tego nie dostrzec.

Nie ulega wątpliwości, że zbrodnia w Jedwabnym, podobnie jak w Kownie, Rydze, Mińsku i dziesiątkach, wkrótce setkach innych miejsc, była reżyserowana i kierowana z jednego źródła. Podobne próby na terenie okupacji niemieckiej w GG, podejmowano już wcześniej, bez powodzenia. Przypominam sprawę, wysadzonego w powietrze, rzekomo przez Żydów, pomnika Kościuszki i podpalonej rzekomo przez Polaków, synagogi (w Łodzi, zaraz po ustaniu działań wojennych w 1939 r.). O próbie wywołania zajść antyżydowskich w Warszawie dowiedziałem się później (w listopadzie 1939 siedziałem w obozie, nie czytałem gazet). Dlaczego powiodła się akurat akcja na oddalonym skrawku Polski, nad samym skraju? Jest kilka przyczyn, między innymi, zerwanie więzi, dekapitacja społeczeństwa w czasie okupacji sowieckiej i penetracja terenu przez agenturę Abwehry z placówki w Ełku. Wprawdzie to nie dzieło Abwehry, ale musiała ona współpracować z SS, na rozkaz (może E. Kocha?) dzieląc się znajomością terenu i kontaktami w terenie. Niemcy wyciągnęli wnioski z prowokacji gliwickiej, kamuflując sprawy staranniej i w szczególności nie zostawiając żadnych dokumentów. To dotyczy początku holocaustu. Pierwszy ślad, to konferencja w sprawie „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” (takim terminem nazwali holocaust) w końcu lipca 1941, kiedy efekt propagandowy już osiągnięto (przynajmniej wobec własnego społeczeństwa), a holokaust na terenach po-sowieckich był w pełnym biegu. Dwie osoby awansowały i otrzymały nagrody, raczej nie za zasługi wojenne: Reinhard Heydrich i Erich Koch.

Coraz mniej ludzi widziało czasy, gdy sprawy te były oczywiste. Pan Gross też urodził się dopiero w 1947 r. i zapewne w dobrej wierze, wraca do tez propagandy hitlerowskiej. To samo rozumowanie.

Ślady jadu, sączonego przez hitlerowską propagandę, skaziły obie strony. W wolnej Polsce nigdy nie istniał morderczy antysemityzm, jak w innych krajach Europy. Przez wieki funkcjonowało społeczeństwo wielo wyznaniowe i wielonarodowe. Nie zdarzały się morderstwa na tle rasowym, ale tzw. nieporozumienia towarzyskie owszem i zwykle Żydzi sobie radzili, kluby Makabi wychowały znakomitych bokserów. Konkurencja ekonomiczna, na jej tle tendencje antysemickie kończył się najwyżej na bijatykach, a Żydzi nie zostawali dłużni. Podobne nieporozumienia zdarzały się także między Polakami. Nieodpowiedzialne osoby przynoszą nam wstyd, mówiąc rzeczy, na które Dmowski musi przewracać się w grobie, a Hitler raduje w piekle.

Zwłaszcza, ubliżające są uwagi o polskich chłopach. Wiadomo ogólnie, że chłopi, z Podlasia i guberni Łomżyńskiej, od carskich czasów udaremniali wszelkie próby czarnej sotni i tolerujących ją władz. Nigdy nie doszło tam do pogromów. Uznanie ich za dzikich prymitywów jest niesprawiedliwe. Owszem, także tam, jak wszędzie, znajdują się szumowiny, wyrzutki i zbrodniarze. Przecież także Polacy, bez zdrajców kolaborujących z okupantem, nie ponieśliby aż takich strat. Zarówno Polacy jak Żydzi ucierpieli bez porównania więcej od zbrodniarzy i zdrajców z własnego grona, niż od tych, których Pan Gross nazywa „sąsiadami”. Policjanci żydowscy zabili co najmniej sto razy więcej swych rodaków, niż zginęło w Jedwabnym. Podobnie, polscy zdrajcy spowodowali śmierć ok. połowy Polaków, może 1,5 mil. ofiar - w tym głównych przywódców narodu. Zdarzało się też, że szumowiny i zdrajcy polscy żerowali na Żydach i vice versa. Nikt z Polaków nie winił Żydów, gdy niemieckie gazety zamieszczały zdjęcia ekipy żydowskiej, stawiającej szubienice i wieszającej Polaków w Płaszowie, nikt dotąd tego nie wspomniał, choć wielu musi pamiętać. To zrozumienie uważam za powód do dumy. Cóż za pomysł, przepraszać za zbrodniarzy i zdrajców, chyba za to, że nie udało się ich zabić. Zbrodnia nie zgadza się z cechami polskich przestępców. Inny modus operandi sprawców. Nigdy nie zdarzyło się, by spalili stodołę pełną ludzi. To wizytówka SS i ekspedycji karnych. Szczególne miejsce i czas zbrodni. Sam północny kraniec Podlasia, tuż przebiegała granica lub granice, z jednej, a potem także z drugiej strony, prusko-rosyjska i blisko wewnętrzna celna między Krajem Nadwiślańskim i resztą Cesarstwa (Łomża przez pewien czas stanowiła gubernię "istinno” ruską") i z Prusami Wschodnimi, tradycyjny okręg przemytniczy. Nie uważam przemytników za przestępców. Tutejsi mieli opinię ludzi twardych i pamiętliwych, żyli z konieczności prymitywnie, nie mieli dostępu do oświaty. Jednak, z ludnością żydowską w dobrych stosunkach, byli sami gnębieni przez carat, pogromy nie miały tu szans, solidarność wobec władz. Zadrażnienia, raczej z prawosławnymi i nie od powstania a od czasu przymusowego "nawrócenia" Unitów przez władze, kulami. Niesprawiedliwy bojkot, mogli tylko ulec lub zginąć.

W okresie II Rzeczpospolitej to się nie zmieniło. Chociaż to baza Endecji, nie ma zatargów z Żydami. Przemyt z i do Prus Wschodnich został nadal jednym ze źródeł utrzymania. Na północnym Mazowszu łatwiej było kupić przed wojną wyroby niemieckie, niż polskie. Z Jedwabnego prowadziły szlaki przemytnicze: tzw. niemiecki na północ, do Ełku i zachodni, tzw. polski do Piszu i Szczytna (Polacy zapewniali siłę roboczą, a Żydzi zaplecze finansowe). Jak wiadomo (por. Sergiusz Piasecki), wywiady często posługują się szlakami przemytniczymi. Ten teren był penetrowany przez Nachrichtendienst, później Abwehrę. To nie w stylu wywiadu, ale nie mogli odmówić usług SS, Himmlerowi i Heydrichowi, którzy skierowały do pomocy kryminalistów i zbrodniarzy. Chyba z północy a nie zachodu, sądząc po kierunku przesuwania się wilczych stad, przemianowanych teraz na Frontaufklaerungskommando. W okresie II Wojny Światowej, teren znalazł się najpierw pod okupacją radziecką, przejściowo, krótko w tzw. „Komissariat Ostland” i zaraz przylączony do III Rzeszy, Prus Wschodnich. Nie miał żadnej łączności z GG, jakby rezerwatem Polaków - oddzielony granicą. Lipiec 1941 zaś, to przełom nie tylko dlatego, że Hitler skoczył do gardła najlepszego sojusznika. Także dlatego, że po rozpoczęciu wojny i pierwszych sukcesach nakazał uruchomienie od dawna planowanej operacji wymordowania Żydów. Holocaust rozpoczął się właśnie na świeżo zdobytym obszarze północno wschodnim i bałtyckim, od strony Prus. Ostrożne otwarcie, eksperyment, w razie niepowodzenia, zmiany planów można by przerwać morderstwa, przypisać je brakowi dozoru i organizacji po przejściu frontu. III Rzesza formalnie się jeszcze nie angażowana, czekając na reakcje świata, efekt tuby propagandowej. Początek Holocaustu przemyślano starannie, zapewne Heydrich omówił plan z Hitlerem. Archiwa RSHA? Ciekawe, czy znajdują się tam jakiekolwiek dokumenty o mordowaniu Żydów w Kownie, Dyneburgu, Rydze, Mitawie i dziesiątkach innych miejsc. Np. 3 sierpnia korespondent Voelkicher Beobachter pisał, że przy poparciu niemieckich władz (właściwie funkcjonariuszy, „Behoerden”), Łotysze utworzyli umundurowane oddziały łotewskie (nazwał ich partyzantami sic!). „Żydów i bolszewików, którzy nie uciekli w porę, albo pozostali w złych zamiarach, wyciągnięto z ich kryjówek i wymierzono zasłużoną karę.” Z początku, Żydzi zostali wyjęci z pod prawa, wg zasad średniowiecza: każdy mógł ich zabić, ograbić, cokolwiek zdołał, nie ponosząc odpowiedzialności. Wyjętemu z pod prawa nie wolno udzielić pomocy, ongiś mówiono, ognia ni wody, pod groźbą, że kto to zrobi, sam zostanie wyjęty z pod prawa. W każdym społeczeństwie istnieje pewna ilość kryminalistów i zbrodniarzy, nawet w normalnych warunkach wyrządzają dość zła. Wyobraźmy sobie, że w jakimkolwiek kraju, abstrahując, niech to będą np. USA - wielonarodowe społeczeństwo ulega jakiejś katastrofie i rozpadowi, może po klęsce z silniejszym wrogiem i część tego społeczeństwa, powiedzmy - grupa białych protestantów pochodzenia anglosaskiego, zostaje wyjęta spod prawa. Co by się stało, czy nie doprowadziłoby to automatycznie do zbrodni i rabunków? Nawet bez dodatkowych prowokacji?

W sprawie zbrodni w Jedwabnym było śledztwo, zapadł prawomocny wyrok i został wykonany. To nastąpiło stosunkowo szybko, po 8 latach, nie dopiero 60. Wprawdzie, ówczesny wymiar sprawiedliwości nie zasługiwał na tą nazwę, sądy nie były bezstronne ani niezawisłe, a władzę sprawował reżim kolaborujący z sowieckim okupantem i przez niego utworzony. Ale w tym wypadku, nie hamowało to śledztwa, przeciwnie. W ówczesnym kierownictwie UB, podobnie jak kiedyś NKWD, większość stanowili Żydzi, głównie z ZSRR, na takie sprawy szczególnie uczuleni. Jeżeli zaś chodzi o ówczesne władze PRL, poszukiwały one każdej okazji, by przedstawić w jak najgorszym świetle dawne Polskie Państwo Podziemne, tzw. "czarną reakcję" i przeciwników politycznych. Ten teren leżał w tzw. "Republice Białostockiej" gdzie jeszcze trwał opór zbrojny. Władze komunistyczne stanęły przed wymarzoną szansą. Jeżeli, mimo wszystko, jednak nie dało się im sprawy rozdmuchać, widocznie nie było nic do rozdmuchania. Zbyt wielu ludzi widziało, jak było naprawdę. Inni, w tym ja, czytali o tym w gazetach i wątpili w winę sądzonych, wierząc, że to proces pokazowy. Niestety, mylili się, jednak kilku Polaków okryło siebie i ziomków hańbą, przyłączając się do zbrodniarzy. Jednak musimy zdawać sobie sprawę, że wśród Polaków byli i są zbrodniarze. Także wśród Niemców, Rosjan, Żydów, Francuzów, niewątpliwie także Anglików, Amerykanów etc. Każdy naród ma swoich zbrodniarzy, nie jesteśmy lepsi ani gorsi. Teraz, raczej trochę gorsi, szereg lat trwała ujemna segregacja, tępiono porządnych ludzi a premiowano przestępców.

W czasie wojny i okupacji, społeczeństwo polskie w GG broniło się, likwidując przestępców i zdrajców. Tacy, jak w Jedwabnym, otrzymaliby wyrok śmierci, lub obawiając się tego, nie ważyliby się tak postąpić. Natomiast na tamtym terenie, wkrótce potem wcielony do III Rzeszy, do Prus Wschodnich, Polski Państwo Podziemne jeszcze nie sięgało, tajne organizacje, rozbite, dopiero odtwarzano. Pozbawiono autorytetów i moralnych przywódców społeczeństwo.

W sprawach o ludobójstwo nie ma przedawnienia. Można przeprowadzić nowe śledztwo. Zaprosić na nie przedstawicieli organizacji żydowskich i humanitarnych, może Państwa Izraelskiego, bez ograniczeń, każdego, kto może cokolwiek wnieść. Także, dotrzeć do źródeł, z których Urząd Bezpieczeństwa nie korzystał, pozostałości archiwów tajnych organizacji i ruchu oporu, Delegatury Rządu Emigracyjnego, Ekspozytur w Białymstoku ew. Łomży, Kurii Biskupich, wywiadu AK itp. Im dokładniej i bardziej jawnie takie postępowanie będzie prowadzone, tym lepiej. Swoboda wypowiedzi leży w ogólnym interesie. Przynajmniej częściowo, wykaże bezpodstawność tych zarzutów.

Pan J. T. Gross podświadomie ulega propagandzie hitlerowskiej, wraca dokładnie do obrazu, jaki usiłowała ona przedstawić. Nie tylko w wypadku Jedwabnego, ale całej fali podobnych zbrodni, holokaustu. To nie znaczy, że jakaś wersja jest z góry nieprawdziwa, ale akurat do tej odnoszę się nieufnie. Nieprawdopodobna, po przejściu frontu, obowiązywało prawo wojenne, zakaz zgromadzeń ludności. Niemcy mieli prawo otworzyć ogień do każdej grupy, liczącej ponad 3 osoby, bez ostrzeżenia. Zsbranie bez nakazu Niemców było niemożliwe. Jeżeli ktoś sądzi inaczej, powinien zgłosić się do psychiatry. Gdyby przyjąć, że miejscowa ludność zaraz po "wyzwoleniu" przez wojsko niemieckie, rzuciła się do mordowania Żydów, z którymi współżyła od wieków, doszlibyśmy do wiktymologii, jak hitlerowcy. Propaganda nazistowska nie przeszła bez echa, zostawiła skazy w naszej świadomości. Na początku, doznawała niepowodzeń, ani Polacy nie wierzyli, że Żydzi wysadzili w powietrze pomnik Kościuszki w Łodzi, ani Żydzi, że Polacy synagogę. Zamieszki w Warszawie przy końcu 1939 szyte były grubymi nićmi. Ale systematyczne sączenie jadu, zachwiało w końcu zaufanie i solidarność miedzy społecznościami, przyczyniając się do tragedii obu stron. To najbardziej prawdopodobna, logiczna wersja tej zbrodni.

Rozważmy przedstawiony scenariusz, na zasadzie zdrowego rozsądku,także luki i braki, wymagające uzupełnień. Skąd czerpałem informacje, czego zaniedbałem, nie udało się wyjaśnić, niczego nie znalazłem. Oraz, gdzie jeszcze warto szukać. To wymaga, żebym przedstawił również moje przypuszczenia. Dotąd pisałem tylko o znanych faktach, teraz, prosząc o pomoc w ustaleniu jeszcze nie znanych, muszę zgadywać. Liczę na to, że ktoś sprawdzi, potwierdzi lub nie przypuszczenia i na tej podstawie ustali prawdę. Krótko - skąd pochodzą dane. Jest rzadko używane źródło, nie wykorzystane należycie: prasa z tamtych dni. Zwłaszcza jeżeli trafi się na sprzeczne opinie i polemikę gazet. Żaden fakt nie ukryje się, ścieranie się sprzecznych poglądów (im bardziej stronniczych tym lepiej), to najpewniejsza droga do obiektywnej prawdy. Czytałem wszystkie dostępne gazety, Niemieckie i Polskie, tzw. gadzinowe, a także prasę Polski Podziemnej, jako wolontariusz pomagałem w archiwum. Oprócz kontaktu z twórcą tegoż, wybitnym historykiem, miałem stały dostęp do pojawiających się regularnie, około 30 głównych czasopism centralnych i lokalnych, oraz około 200 dostarczanych od czasu do czasu. Wyjątkowo trafiały przez granice tak rzadkie okazy, jak "Gryf Pomorski" i "Słowo" Wileńskie. Oczywiście nie byłem w stanie przeczytać wszystkiego, nie mówiąc o starych. Aż do przyjęcia do partyzantki, w sierpniu 1944, byłem prawdopodobnie jedną z najlepiej poinformowanych osób w Polsce. Nie spotkałem nigdy takiej obfitości opinii, komentarzy, wolnego słowa, jak w prasie podziemnej 1944 r. (podobna stała się „bibuła” z czasu wojny „Polsko-Jaruzelskiej”). Stare gazety to skarb, leżący odłogiem. Pisałem o tym we wstępie do książki „Zapomniana, tajna historia II Wojny Światowej” ogólnie dostępnej w wydaniu internetowym, andrzej-anonimus.com., oraz andrzejanonimus.icpnet.pl. lub wersja angielska „Back from oblivion, the history of WW II; straight from the horse's mouth”.

Po wojnie, w Polsce okupowanej przez Sowiety, nadal zbierałem wiadomości z gazet i trochę pisałem do prasy podziemnej. Czyli, informacje pochodzą głównie z prasy, wybrane na podstawie własnego doświadczenia, obserwacji i od osób zaufanych. Właściwie, jestem na tyle stary, że można obecnie książkę traktować prawie jak wyznanie „in articulo mortis”, generalnie uważane za wiarygodne. Ścisłej, założyć że nie mam już niskich motywów do kłamstwa. Lecz mogę się mylić, albo pamięć może zawodzić, starcza skleroza lub Alzheimer. Przedstawiam koleino uzupełnienia, zaczynając od granic i przemytu. Nie fantazjuję ani nie zmyślam, rzeczywiście pierwsze informacje w tej sprawie otrzymałem od kolegi ze szkolnej ławy (J. M.), potem obozu (patrz Rozdz. 4. książki). Jeśli uda mi się dokończyć następną, o okupacji sowieckiej po wojnie, patrz też: „Beznadziejna Sprawa”, tam więcej). Sprawdziłem, nad doliną Biebrzy biegły dwa szlaki przemytnicze, co najmniej jeden wykorzystywała placówka Abwehry w Ełku. Także inne, przez Olecko i Raczki do Augustowa i z Olecka do Suwałk (przez Sokołowo). Jest dużo materiałów i szczegółowych opracowań o przemycie z i do Prus, miał tradycje od wielu pokoleń. Szlaki biegły koło słupów granicznych jeszcze z carskich czasów, tylko dwugłowe orły zamalowano barwami polskimi. Ubóstwo pogranicza i bezrobocie w Polsce, przy dużej różnicy cen art. rolnych i popycie w Prusach, sprzyjało wymytowi gęsi, koni, krów, świni i owiec, a także skór, mięsa, zbóż i nasion. Do Polski przemycano art. monopolowe, jak alkohol, cukier i papierosy, a także sacharynę, zapalniczki i zwłaszcza kamienie do nich, maszyny, rowery i inne art. przemysłowe. Także śledzie, w Prusach znacznie tańsze. Czytałem też opracowania, oparte na sprawozdaniach Straży Granicznej, Policji, KOP i sądów, dotyczące drobnego przemytu. Natomiast nad Biebrzą był też przemyt zorganizowany, lokalna specjalizacja, związana z chałupniczym wytwarzaniem odzieży w Jedwabnem i handlem okrężnym i zapotrzebowaniem na maszyny krawieckie z Niemiec. Zawodowi przemytnicy prawie nigdy nie wpadali, traktowali granicę jak drobną przeszkodę. Strzelaniny, przygody i kary spotykały niedoświadczonych amatorów, idących z niewielką ilością żywności i wracających z towarami niemieckimi (od czasu gdy Marka niemiecka przestała być wymienialna, to konieczność). Na ogół władze niemieckie ułatwiały przemyt do Polski, a zwalczały z Polski, zaś polskie władze odwrotnie.

Do tego dochodzi jeszcze sprawa sezonowej migracji, zwykle wiosną i powrotu jesienią, koło listopada. Zwykle kontraktowano robotników rolnych już wcześniej, w Polsce i potem przeprowadzano przez zieloną granicę. Zabierali ze sobą zapas żywności i wracali z niemieckimi towarami. A bywali tacy, co sami, szukali na miejscu, czasem daremnie. Gorzej z następną sprawą, nie udało mi się znaleźć żadnych danych, skąd wziął się Martin Karolak. Zniknął bez śladu, nic dziwnego. Ale przedtem także pojawia się jak deus ex machina, z nikąd. Wiadomo z procesu w Łomży i cytowanych tam danych z podziemnej prasy, że już przed wojną był w Jedwabnem rezydentem Abwehry placówki z Ełku i został skazany na śmierć. Nic poza tym nie znalazłem, ani w Ełku ani w Jedwabnem, choć nie osobiście; szukali na moją prośbę, poznani w Internecie tamtejsi mieszkańcy, w dużych odstępach czasu, kilkakrotnie. Człowiek może zniknąć, zwłaszcza gdy ratuje życie, ale każdy ma za sobą jakąś przeszłość, nie sposób jej całkowicie zatrzeć. Tej zagadki dało mi się rozwiązać. Nie udało się również znaleźć żadnych danych placówki Abwehry w Ełku (jednej z sześciu „Anst”, w „Ast”, Abwehrstelle Koenigsberg), ani nawet ustalić adresu, jej i prowadzonej przy niej szkoły agentów, przygotowywanych przeciw Polsce. Oczywiście, po przeniesieniu FHQ w okolice Kętrzyna, organizacja i lokalizacja Abwehry się zmieniła, kierownictwo ulokowano w Mikołajkach, szef, admirał Canaris w Wilczym Szańcu, w pobliżu Hitlera. Placówki „Anst”, Nebenstelle, w Ełku i inne (Olsztyn itd.), przestały być potrzebne. „Abwehrkommando”, czy „Frontaufklärungskommando” dozorujące twierdzę Osowiec, też, po wykonaniu zadania. Sądziłem, że zespół przeniesiono do Einzatzgruppen R. Heydricha, ale sprawa okazuje się nie taka prosta.

Jak wiadomo, na podstawie dyrektywy Hitlera z dnia 6 czerwca 1941r, R. Heydrich sformował cztery zmotoryzowane Einatzgrupy katów, A, B, C, D, później jeszcze piątą E. Zlecona przez Hitler „misja“ to zabijanie Komisarzy Politycznych i NKWD-zistów na zapleczu frontu, rozszerzona na Żydów i komunistów po rozpoczęciem Operacji Barbarossa. W sumie, "Einsatzgruppen der Sicherheitspolizei und des SD" liczyły nie całe trzy tysiące ludzi z SD, Waffen SS, Kripo i Gestapo. Grupa od tysiąca do pięciuset, jednak starannie selekcjonowanych. Około tysiąca miało ukończone studia prawnicze, drugi tysiąc inne akademickie (zwłaszcza ekonomiczne), reszta nie ukończone z powodu wojny. Ok. tysiąca po doktoracie. Jednym słowem kwiat niemieckich Uniwersytetów, przyszła elita tzw. Ministerstwa (pożal się Boże!) Sprawiedliwości. Wymordowali w ciągu roku ok. 1,5 miliona ofiar, na każdego przypada średnio do 500.

Dlaczego tak wykształceni? Łatwiej pytać, niż odpowiedzieć. SS wyznaczyło wysokie wymagania przyjęcia, posiadacze dyplomów mieli większe szanse, niż nie wykształceni. Ci którzy się dostali, spodziewali się kariery po wojnie. Członek partii, który w dodatku dostał się do tak zasłużonej formacji SS, miał okazję nawiązać idealne stosunki. Jak mawiali Niemcy, nie ważne co wiesz, ale o kim, co znasz, ale kogo. Himmler cenił wykształciuchów.

Jeżeli na początku nie wiedzieli, że zgłosili się do mokrej roboty, zorientowali się szybko. Prasa Niemiecka po wojnie, często wspominała ze współczuciem ich ciężki los, ubolewała nad tym do czego zostali zmuszeni, jak musieli pić, żeby zapomnieć. Fakt, nie mogli się już wycofać, musieli dalej „spełniać swą historyczną misję”. Dowódcy Einzatzgruppen często mieli do czynienia z ludźmi (czyżby ?!) mentalnie chorymi z powodu zbyt ciężkiej „pracy”. Część opinii niemieckiej sądzi, że obozy śmierci wprowadzono, by ulżyć biednym Eisatzkommando.

To nie prawda, patrz książka: „Zapomniana, tajna historia II Wojny Światowej”, andrzejanonimus.icpnet.pl, lub andrzej-anonimus.com. Rozdział 7 koniec, por. parę linijek, z kwietnia 1941r.:

”To słowo, co boli, jak otwarta rana...” Pierwsze wiadomości o i z Oświęcimia. „Usłyszał wtedy po raz pierwszy nazwę, Oświęcim (Auschwitz). Logo ogromnej fabryki śmierci, zbudowanej na terenach włączonych do Rzeszy, obecnie niemieckich, blisko nowej granicy i zagłębia surowcowego, stosu ciał, jakim miała stać się według pierwotnych założeń reszta okupowanych ziem polskich. Zakłady istniały od przeszło roku, ale jeszcze trwał rozruch technologiczny, okres produkcji doświadczalnej. Wszystkie prace badawcze wykonano na Polakach. Rotmistrz W. Pilecki na ochotnika dał się uwięzić, by…” Choć obozy właśnie zaczęły pracować pełną parą i z miesiąca na miesiąc biły rekord wydajności, bynajmniej nie poprawiło to warunków pracy, nie zmniejszyło przeciążenia katów. Serce się kroi na samą myśl o nieszczęśliwych, którzy siedząc na brzegach wykopanych przez więźniów i spędzoną okoliczną ludność dołów i paląc papierosy, musieli godzinami strzelać z broni maszynowej do wysypywanych na warstwy trupów, mężczyzn, dzieci i kobiety. Rozumiem, że musieli pić nocami, żeby zapomnieć, rano z trudem się podnosili. Wydajność rosła wolno. Czytałem oba artykuły w Rzeczpospolitej, z dnia 01.09.2001 i drugi, daty nie pamiętam, wyjątki "Süddeutsche Zeitung". Wysoko cenie P. Thomasa Urbana, wiem też, że i P. Tomasz Strzembosz mocno się w tą teorię zaangażował, jednak nie jestem przekonany. SS-Obersturmfuehrer Schapner, jako szef Gestapo na Mazowszu musiał zapewne być krwawym zbirem, gorliwym i o wybujałej ambicji, jednak do asów nie należał. Zgaduję, że jego podwładni się nie popisali, albo on sam popadł w konflikt z dowódcą, jego „Kommando” zostało podzielone i rozproszone, części wyznaczono do różnych zadań, „zgodnie z potrzebami Operacji Barbarossa”. Chyba, że zmiany miały coś wspólnego z Vorkommando Moskwa, w takim razie przeciwnie, wyróżnienie. Ale nie, doszedł ledwie do Haupsturmfuehra, niski stopień.

W Jedwabnym na pewno nikt go nie widział, w innych miejscach Podlasia to wątpliwe. W ogóle identyfikacja osoby na podstawie starego zdjęcia jest wątpliwa, ja sam siebie nie poznaję na starych zdjęciach z przed mniej lat. A najważniejsze, wymieniona w artykule „marszruta morderców” jest błędna, ani Schapner, ani jego oddział nie mieli okazji zbliżyć się do Jedwabnego, w każdym razie nie w drugiej połowie 1941 r. To fałszywy trop. Einzatzgruppe A, dołączona do Grupy Armii Północ, skoncentrowała się przy granicy Prus, obecnie Rosji, na wysokości Kowna, przekraczając ją 23 czerwca 1941. Już 22, Armia Czerwona się wycofała, w Kownie wybuchło powstanie, a następnie, 26 zaczęły się zamieszki i pogrom Żydów, pierwszy z relacjonowanych przez Voelkischer Beobachter. O inspiracji niemieckiej korespondent nie wspomina, oczywiście twierdząc że miejscowa ludność zrobiła to spontanicznie. Dowodzący grupą, SS-Brigadeführer, Generalmajor der Polizei Dr. Walter Stahlecker polecił sformować i uzbroić litewskie oddziały policyjne, wydzielono specjalnie do mordowania Żydów, Rollkommando Hamann i pozostawiając trochę ludzi do ogólnego nadzoru, ruszył dalej na wschód i północ za frontem. Einzatzgruppe B wyruszyła dopiero 24 czerwca z Poznania i pod dowództwem SS- Brigadeführera i Generalmajora Policji Arthura Nebe dotarła do Mińska. Tam wg. komunikatu OKW, ogłoszonego 4 lipca 1941, dnia poprzedniego, 3lipca, zbuntowali się Czerwonoarmiści i dopiero po rozstrzelaniu swoich Komisarzy Politycznych i innych Żydów, rzekomo złożyli broń i poddali się Niemcom. 5 lipca, Nebe ustanowił w tym mieście swa kwaterę na prawie dwa miesiące. Sonderkommando 7a zapędziło się do Wilna, które przydzielone było Einzatzgruppe A i po wyjaśnieniu, też udało się do Mińska. Gruppenführer Nebe polecił, by Sondekommanda 7a i 7b współdziałały z Vorkommando Moskwa, a Einzatzkommanda 8 i 9 oczyszczały boki przy czołówce. 5 października, Nebe przeniósł się do Smoleńska. Praktycznie Vorkommando Moskau i towarzyszące 7a i b szły stale w czołówce natarcia. Einzatzkommando 8 minęło Białystok 1 lipca, a Einzatzkommando 9 osiągnęło Wilno 2 lipca (z Prus przez Grodno). Do linii Połock, Wielkie Luki, Mały Jarosławiec, Oreł i Kursk i dnia 15 grudnia, wg sprawozdania Nebe, rozstrzelano 134,298 ludzi To nie dużo, gdy tylko jedno, Einzatzkommando 3 z grupy A meldowało zgładzenie 136,421 Żydów (46,403 o mężczyzn 55,556 kobiet, 34,464 dzieci), 1,064 działaczy partyjnych, 653 umysłowo chorych i 134 innych, do 1 grudnia 1941. Jednak, Einzatzgruppe A, największa, liczyła ok. tysiąca katów, B, a także C i D tylko po ok. 600. Te formacje nie zbliżyły się do doliny Biebrzy, nie miały ani czasu, ani możliwości. Einzatzgruppe B śpieszyła do Mińska, gdzie 3 lipca rozpocząć się miała inauguracyjna, można powiedzieć, sztandarowa prowokacja, wymieniona wyżej. Hitler odrzucił zasłony i ogłosił to w komunikacie. Potem mieli pełne ręce roboty, kierując się na Moskwę.

Trzeba rozważyć jeszcze inna możliwość, oddziały tyłowe Grupy Armii „Środek” dowodzone przez gen. Maxa Schenckendorffa, który zdobył złą sławę w 1939r w Wielkopolsce, a potem uważany był za najlepszego eksperta w zwalczaniu partyzantki. Za oddziałami Wehrmachtu wkroczyły bataliony pułku policyjnego „Środek”, dowodzonego przez ppłk Maxa Montuę, potem 31 lipca 1 i 2 Brygada SS lekka panc. (zmotoryzowana?), a 3 sierpnia 1. i 2. pułk kawalerii SS. Te siły rozpoczęły masakrę od strony Bugu i Puszczy Białowieskiej i skierowały się na Polesie.

Na spotkaniu Himmlera z Dowództwem SS i policji 28 czerwca w Prusach Wschodnich, wg zeznań Eryka v. Bach-Zelewskiego ma procesie Norymberskim, Himmler postawił pytanie, dlaczego na Podlasiu nie ma dotąd pogromów Żydów, jak w Państwach Bałtyckich. 28 czerwca, Heydrich rozkazał SD intensyfikację działań. Pchnąć naprzód wysiłki „samooczyszczenia” z współpracą miejscowych antykomunistów i antysemitów, ostrzegając, że nie powinien zostać żaden ślad udziału SS. Rozkaz mówi, że „ludowe pogromy – Volkspogrome” są tu lepszym rozwiązaniem, niż policja pomocnicza jak na Litwie, Polakom nie wolno wydawać broni. Każda operacja powinna być uprzednio uzgodniona z lokalnymi dowódcami wojskowymi. Moja uwaga: Widocznie wiadomość, że Heydrich po 22 czerwca, pełen entuzjazmu, przesiadł się na samolot i przez miesiąc walczył jako myśliwiec, to kłamstwo propagandowe. Miał licencję pilota, ale bez doświadczenia bojowego, nie miałby szans w walce z wyszkolonym przeciwnikiem. Sądzę, że chodziło o środek szybkiej i dyskretnej komunikacji. Zgaduję, że bazował albo często lądował w Prusach, blisko współpracując z Kochem. W dolinie Biebrzy była tylko jedna, chwilowo wolna jednostka, która właśnie skończyła swe zadanie. Komando Abwehry, które dozorowało i ułatwiło Wehrmachtowi zajęcie twierdzy Osowiec. W dodatku, w chłopskich strojach, po cywilnemu, długo udawali Polaków. Nie ma pełnego dowodu, ale nie wierzę w zbieg okoliczności. Gdzie się podzieli, skoro pierwotne przypuszczenie o Einzatzgruppe się nie potwierdziło? Oficerowie operacyjni Abwehry, a także, Fremde Heere Ost i ośrodki wywiadu wojskowego przy Grupach armii i armiach otrzymali zadanie zwiększenia intensywnego szpiegostwa przeciw Armii Czerwonej. W związku z tym Abwehra w maju 1941 utworzyła specjalny sztab o kodzie Walli, organizował go major Baun, stąd używano czasem nazw Operacja Baun albo ośrodek Baun. Potem, po rozbudowaniu wywiadu, kontrwywiadu i działu dywersji, kierownictwo całości objął pułkownik Schmalschlaeger. Na podbitych ziemiach polskich Abwehra utworzyła nowe „Abwehrstellen” w Krakowie i Warszawie, a właściwie pobliskim Sulejówku. Otwarła tu szkołę agentów, po zamknięciu szkoły w Ełku. Kandydaci na agentów byli werbowani spośród jeńców wojennych z Armii Czerwonej, wymagana znajomość języków różnych zamieszkałych w ZSRR Narodów i wykształcenie. Do końca 1941 były 2 klasy, potem 4. Wyszkolono ok. 550 agentów. Prawdopodobnie szkoła współpracowała też z pułkiem „Brandenburg 800”. Podobna szkoła działała w Fort Boyen i prawdopodobnie w 1942 Taganrogu, w gmachu sądu, Italianski Pereulok 36. Członkowie Abwehrkommamdo (zwane wtedy Frontaufklärungskommando), z doliny Biebrzy po prostu przenieśli się, może prócz tych, co awansowali. W związku z tym, parę zdjęć, agentów Abwehry na stacji w Sulejówku w 1941r. Być może, na tym zdjęciu znajdują się niektórzy członkowie Abwehkommando (potem tzw. Frontaufklaerungskommando) dozorującego twierdzę Osowiec, którzy następnie po wypełnieniu zadania zeszli w dół doliną Biebrzy. Prawdopodobnie po drodze grzecznościowo zajęli się Radziejowem 7 lipca i Jedwabnem 10 lipca. Ich czasowy szef, rezydent Abwehry w Jedwabnem objął wtedy stanowisko burmistrza. Ponieważ spotkałem się z niewiarą, czy rzeczywiście Himmler interesował się Podlasiem i pytał, dlaczego tam nie wybuchły jeszcze pogromy („Volkspogrome”), wyjaśniam, że spotkanie 28 czerwca w Prusach, relacjonował gen. Bach-Zelewski ma Procesie Norymberskim, kopia dostępna w Zentral-Stelle der Landesjustizverwaltungen, Ludwigsburg. Podobnie okólnik Heydricha z wskazówkami do dowództwa Einzatzgrup z następmego dnia, 29 czerwca, patrz Fernschreiben Heydrichs and die Einsatzgruppenchefs vom 29.6.1941 reproduced in Die Einsatzgruppen in der besetzten Sowjetunion 1941/42, p. 319. „Heydrich order stated that the outbreak of so-called "popular pogroms" (Volkspogrome) was preferable at this stage...”

W punktach, scenariusz układa się następująco:

1/. Przez Jedwabne przebiegały tradycyjne szlaki przemytnicze.

2/. Przynajmniej jeden z nich, z i do Ełku, używa Abwehra.

3/. Z wyroku sądu Kierownictwa Walki Cywilnej wynika, że obywatel III Rzeszy Martin Karolak, podający się za obywatela Polski Marcina vel Mariana Karolaka, był rezydentem Abwehry w Jedwabnym lub terenie.

4/. Komando Abwehry, dozorujące twierdzę Osowiec (gromady w cywilnych, chłopskich strojach), przeprowadziło Wehrmacht po bagnach i ułatwiło zajęcie fortecy. Widziano je tam jeszcze w końcu czerwca

. 5/. 28 czerwca Himmler zwraca uwagę na brak pogromów na Podlasiu.

6/. 29 czerwca Heydrich wydaje zarządzenie wykonawcze.

7/. 10 lipca pogrom w Jedwabnym, kierowany przez M. Karolaka. Radziłów leżał na trasie, lecz nie znalazłem dowodów.

8/. W sierpniu Abwehrkommando 1 przechodzi pod dowództwo majora Bauna, który tworzy Abwehrbefehlstab Walli w Sulejówku. Wkrótce powstają trzy sztaby, całość obejmuje pułkownik S., Abwehrkommanda zmieniają nazwę na Frontaufklärungskommanda i trzycyfrowe numery. „Abwehrkommandos und Abwehrtrupps erhielten später die Bezeichnung Frontaufklärungskommandos. Abwehrkommandos folgten der kämpfenden Truppe und sicherten Dokumente, verhafteten gegnerische Agenten, verhörten Kriegsgefangene und bauten Spionagenetze auf“.

W końcu roku 1941 powstaje szkoła agentów, w willi Helin, fundacji Paderewskich. Sztab Walli zajmuje wille Piłsudskiego i Moraczewskiego. Stopniowo, ośrodek przejmuje Fremde Heere Ost, Abwehra traci wpływy. Reasumując, przedstawiona analiza opiera się w znacznej mierze na eliminacji. Ludność Podlasia wiele lat żyła w tradycji wzajemnej współpracy i obrony z Żydami, nie miała żadnego powodu tego zmieniać. Zwłaszcza, że od Sowietów ucierpieli oni nie mniej, niż Polacy. Co do Niemców, to podejrzewane dotąd jednostki znajdowały się wtedy daleko, nie miały możliwości dokonać tej zbrodni, ledwie mogły podołać bieżącym zadaniom. Lecz są bezpośrednie dowody, że: 1/. nad Biebrzą znajdowały się wtedy operacyjne oddziały Abwehry, dozorujące Osowiec, przebrane w chłopską odzież,

2/. rezydent Abwehry z Ełku, jako burmistrz Jedwabnego uczestniczył czynnie w zbrodni, a nawet kierował nią,

3/. nastąpiło to wkrótce po wydaniu przez Heydrich instrukcji w sprawie interesujących Himmlera „ludowych pogromów”.

Ciekawe, kiedy dokładnie M. Karolak objął urząd w Jedwabnem i ile czasu miał na przygotowanie tej „ludowej uroczystości”.

Cytat: „Having introduced the death penalty for anybody and their family, even if one was indirectly aiding Jews, Nazis spread propaganda that Jews were instrumental in the Soviet crimes in Eastern Poland.” R. Lucas, The forgotten Holocaust. The Poles under the German Occupation 1939-1944, Hippocrene Books, New York, 2001, pp. 121-152."

Cytat: Nothing could have been done to prevent the Holocaust? Hundreds of thousands could have been saved if the doors of immigration hadn't been slammed in their faces ("The Holocaust Was No Secret," by William J. vanden Heuvel, Dec. 22 1996). The United States, under Roosevelt, refused to accept Jewish refugees; the British turned them away from England, Palestine and other protectorates; heck, the French and the Italians gleefully turned them in to the Nazis -- all knowing this would condemn the Jews to certain death.